Podziękowania dla posła Palikota

Szanowny Panie Pośle, jako działacz związkowy i lewicowiec pragnę Panu uprzejmie podziękować.

Wielokrotnie napadałem na koncepcje, które przepychane były ongiś przez komisję „Przyjazne Państwo”, podobnie jak na pomysły rządu, który — w ten czy inny sposób — Pan wspiera i legitymizuje. Niemniej, za kilka ostatnich interwencji, które polskie media odnotowały, należą się Panu z pewnością słowa nie tylko podziękowania, ale i uznania. I nie chodzi mi o cykliczne cyrki, które organizuje Pan w sejmie czy na konferencjach prasowych. Owszem bywają niekiedy zabawne, ale ich polityczna treść nie odbiega zasadniczo od tego co oferuje społeczeństwu główny nurt więc dla mnie jako ostrożnego obserwatora niezbyt ciekawe.

Przede wszystkim dziękuję Panu za odrobinę szczerości, którą zechciał Pan wtrysnąć do polskiej przestrzeni publicznej jakiś czas po smoleńskiej katastrofie. Jest Pan jednym przedstawicielem elity politycznej, który otwarcie wypowiedział się przeciw szerzącej się pod płaszczykiem ogólnej żałoby (czy raczej żałobnictwa — to co miało być wzniosłym momentem stało się niesmacznym spektaklem) tępoty i ciemnogrodu. Dziękuję, iż zechciał Pan publicznie dostrzec istnienie paranoi, która nagle z wielu Polek i Polaków uczyniła ekspertów od awiacji cywilnej i wojskowej oraz rosyjskich technologii militarno-wywiadowczych, a z Polski światowe pośmiewisko (który to już raz..?). Media na całym świecie podchwyciły bowiem na dłużej nie wątek powszechnego smutku (demonstrowany wciąż w ten sam sposób szybko znudził odbiorców), lecz idiotycznych, obrażających inteligencję, teorii spiskowych. Zgadzam się z Panem; skoro 30% społeczeństwa daje wiarę jakimś głupstwom wyczytanym w „Gazecie Polskiej” i twierdzi, iż L. Kaczyńskiego zamordowali jacyś „ruscy” to znaczy, że kontakt z rzeczywistością znakomitej części Pana rodaków opiera się na jakichś chorych, rusofobicznych fantazmatach. Masowość tego zjawiska owszem przeraża, czy może należałoby powiedzieć poraża… By lepiej uwzględnić kontekst. Tak czy inaczej, poza Panem, nikogo na taki akt odwagi cywilnej (mowa oczywiście o elicie) nie było stać.

Pragnę Panu również szczególnie podziękować za próbę — nawet jeżeli miał to być żart — założenia samodzielnego stronnictwa politycznego. Przedłożył Pan bowiem program, który w Polsce wciąż klasyfikowany jest jako obyczajowa rewolucja i najgorszy wariant antypolonizmu. Oczywiście i ja i Pan wiemy, że chodzi o postulaty, które dziś nie są już nawet uznawane za specjalnie progresywne. Takie rzeczy jak parytety płci w polityce, rozdział państwa od kościoła, związki partnerskie czy edukacja seksualna w szkołach to — mówiąc potocznie — normalka. Na całym świecie są to zupełnie zwyczajne elementy programu praktycznie każdej działającej partii poza prawicową ekstremą typu Le Pen czy Brytyjska Partia Narodowa. Zwłaszcza liberałowie kładą na kwestie postępu światopoglądowego duży nacisk odróżniając się w ten sposób od konserwatystów, którzy do takich zagadnień podchodzą z dużo większą rezerwą. Tymczasem ta problematyka podnoszona jest w Polsce — rzadko i niechętnie — wyłącznie przez SLD. Ja mogę sobie pisać o tym, że to nie tak, że to wszystko za mało… Ale Pana posunięcie zdemaskowało SLD. Jeszcze raz Panu za to dziękuję. SLD to partia, która ekonomicznie nie ma do zaproponowania niczego szczególnego odbiegającego od powszechnej mantry prywatyzacja-wzrost-biznes, a postulaty wolności światopoglądowej i obyczajowej nie wystarczą już do politycznej walki, zwłaszcza, że w porównaniu z Pańskimi są nader nieśmiałe. Myślę, że gdyby zdecydował się Pan zrealizować projekt własnej partii to SLD zostałoby szybciutko zupełnie wyoutowane z polityki albo musiałoby zrobić to co powinno — przyjąć program lewicowy, a nie liberalny. Marne jednak na to widoki…

Mimo wszystko, dziękuję raz jeszcze.

Powroty II

Kiedyś napisałem taki – niezachwycający zgoła – felieton pt. „Powroty”. Jego treść stanowił przerysowany nieco opis kilku najlepiej zapamiętanych wrażeń z pociągu relacji Budapeszt-Warszawa po przekroczeniu polskiej granicy. Nie pamiętam dokładnie jakie to irytujące zjawiska wtedy opisywałem, ale chodziło o sprawy codzienne. Pamiętam, że jak czytałem to po kilku latach trafiwszy na przypadkiem na zawierający ów tekst nr „NTP” stwierdziłem, że to przesada i że tekst ten ujawnia moje anytpolskie nastawienie i że w sumie jak się w Polsce mieszka – a doprawdy nie ma takiego przymusu – to nie ma po co tak tym antypolonizmem epatować, bo jest to w pewnym stopniu nieeleganckie.

Od czasu tej refleksji zaniechałem publicznych komentarzy dotyczących jakichś przypadkowych nieprzyjaznych przeżyć przy okazji powrotów do Polski. Choć, nie da się ukryć, człowiek myślący krytycznie z pewnością odczuwa zdenerwowanie gdy powracając nawet z kraju, którego nie lubi, ale którego mieszkańców język rozumie i umiejętności tej używa do czytania tamtejszej prasy, bierze do rąk „Gazetę Wyborczą” lub „DGP”, albo – nie daj boże — „Rzeczpospolitą”.

Tym razem jednak rzeczywistość nie pozostawiła mi wyboru. Nawet WF – uprawiający na co dzień nieprzesadnie uzasadnioną krytykę blogowania – stwierdził, iż zetknęliśmy z okolicznościami na tyle obleśnymi, że warte jest to odnotowania nawet w takiej formule. Oczywiście nie ze względu na poziom obleśności, ale na pewien symboliczny charakter.

Wsiądwszy (wsiąwszy?) do EC 41 (albo 43) o godzinie szóstej nad ranem do polskiego pociągu na dworcu Berlin Hbf udaliśmy natychmiast do wgonu WARS. Nie po piwo (zazwyczaj się człowiek na to rzuca, bo w uWARSowionych składach jeżdżących wyłącznie po Polsce nie można pić alkoholu) tylko na śniadanie. Było smaczne, nie można powiedzieć… Dialog kelnerów, który przypadkiem zasłyszałem, natychmiast uświadomił mi, iż znajduję się na „wrogim” terytorium. Jeden z nich wyrażał swoją dezaprobatę dla związków partnerskich oraz definiował poziom swojego krytycznego spojrzenia na możliwość adopcji dzieci przez pary jednej płci. Szczęśliwie nie słyszałem jak to argumentował. Nie komentowałem tego jednak i nie miałem zamiaru o tym w ogóle wspominać, ale potraktowałem to jako symboliczne przywitanie na polskim gruncie. Okazało się jednak, że czekało nas coś znacznie bardziej dotkliwego.

Nasz przedział był pusty, radość była niebywała, ale trwała dość krótko – do momentu, w którym spostrzegłem czyjąś torbę. Właścicielką torby okazała się utleniona dwudziestoczterolatka ubrana w dres. Gdy weszła do przedziału usłyszałem co następuje [zapis fonetyczny dokładnie odpowiada wymowie]: „Oj, szit, iś dahte iś habe majne tasze ferlołren”. Wypowiedź ta potwierdziła moje obawy (podejrzenie zrodziła ogólna aparycja) – Polnish. Odpowiedziałem na kilka zaczepno-towarzyskich pytań starając się wykrzesać z siebie akcent możliwie najbardziej zbliżony do Hoch Deutsch licząc na to, że zostanę potraktowany jako niewłaściwy partner do rozmowy. Niestety, ogólne niewyspanie spowodowało, iż się zdradziłem ze swoją polskością gdyż wypsnęło mi się, że mieszkam w Warszawie. Ja i WF musieliśmy niestety wysłuchać mnóstwa bezmyślnictw, których nie będę tu przytaczał, bo ta pani wzbudziła we mnie odruch litości, którego na ogół wobec dorosłych nie odczuwam. Niestety, to tylko element dekoracyjny.

Prawdziwa tragedia zaczęła się w Rzepinie gdzie dosiadło się do nas trzech typów bardzo osobliwych. Zajmowali się głównie odmianą przez przypadki/osoby słów „kurwa” i „chuj”, ale robili błędy i nie byli zbyt kreatywni (szli raczej na ilość niż na jakość). Ubrani byli jak najniższej rangi żołnierze bułgarskiej mafii, rekrutujący się ze wsi, a „zatrudnieni” w małym miasteczku. Targali ze sobą jakiś wór, który wstawili pod siedzenia w przedziale. Potem rozsiedli się i zaczęli rozmowę posługując się wiadomym wokabularzem. Wszyscy balansowali na cienkiej linii pomiędzy pijańską zwałką a kacem gigantem. Mieli wahania nastroju – bywali to bardzo wesel,i to agresywni. W sumie nic takiego, bo lumperii na całym świecie ile chcesz, ale to było coś wyjątkowego. Było to o wiele bardziej żałosne niż zwykła menalżeria. Nie wiem jak to opisać, ale to nie tylko moje wrażenie. WF też tak uważa, a ta kobieta, BTW – nazywa się Jessica (tak ma w dowodzie, widziałem!) — powiedziała – cytuję — „u mnie w Poznaniu, to może na dwóch dzielniach taki element to jest, kurwa, kurwa, kurwa (…) ja pierdolę”. Więc… Także tego… To naprawdę było coś. I to tak naprawdę WF stwierdził, że to było takie symboliczne przekroczenie granicy… I zaśpiewał:

…cham lub bohater,
polska poranna,
alternatywa.

I choć nie jest to nic ważnego opisałem to, bo chcę powrócić do sprawności.
To nA rAzie…

Podwyżka VAT to kolejny cios w ubogich

Poza wszystkimi katastrofami, które wydarzyły się w bieżącym roku — od technicznych począwszy (kolej) po społeczne (poczta, energetyka) — rząd szykuje nam jeszcze jedną. Prawdopodobnie wszystkie dotychczasowe były jedynie preludium do Grande Finale, które zapowiada przyjęty niedawno dokument, szumnie nazwany Wieloletnim Planem Finansów Państwa. Na szczegółową analizę WPFP przyjdzie jeszcze czas, ale już najważniejsze jego założenia mówią nam o zawartych w nim pomysłach praktycznie wszystko. Zanim jednak światło dzienne ujrzało najnowsze dziecko rządu, gruchnęła wiadomość o podwyżce stawek podatku VAT.

Awantura powinna była zacząć się już dawno, poprzednie  dwie ku temu okazje straciliśmy — ogłoszenie zamrożenia płac dla 500 tysięcy pracowników sektora publicznego oraz zapowiedź podwyżki VAT-u. We Francji, RFN czy Włoszech — nie mówiąc już o Szwecji czy Norwegii — publikacja takich planów spotkałaby się z natychmiastowym odzewem ze strony związków zawodowych. Stanęłyby lotniska, koleje, metro, poczta, szkoły… W ciągu kilku dni lub tygodnia na horyzoncie ukazałoby się — szybko nabierające realnych kształtów — widmo strajku generealnego. W Polsce wszystko skończyło się na etapie „potępienia”. W internecie — najbardziej powszechnym obecnie medium — trudno doszukać się zresztą śladów owego „potępienia”. Sprawny internauta natknie się na jeden wpis, w którym Guz (Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych), Chwałka (Forum Związków Zawodowych) i Śniadek (NSZZ „Solidarność”) wyrażają się krytycznie, choć — nie wiedzieć czemu — w bardzo umiarkowanymi i dyplomatycznym tonie o planach podwyżki VAT.

Tymczasem konsekwencje realizacji tego projektu będą doprawdy katastrofalne, a to usprawiedliwia wytoczenie najcięższych dział, ze strajkiem generalnym włącznie. W Polsce sprawę dodatkowo komplikuje fakt, iż związki zawodowe, czy szerzej — świat pracy najemnej — nie ma swojego politycznego przedstawicielstwa. To jednak nie zwalnia związków zawodowych z odpowiedzialności. Jeżeli żadna opozycyjna partia nie wystąpiła z propozycją alternatywnej ścieżki dojścia do finansowej stabilizacji, czas wypracować ją samemu. Póki co, tak partie opozycyjne jak i związki zawodowe, ograniczyły się wyłącznie do narzekania i oburzenia. Obie reakcje są uzasadnione, bo — fakt, faktem — Platforma Obywatelska obiecała podatków nie podnosić, a dokładnie to czyni. To jednak za mało. Innych pomysłów na gospodarkę w polskiej przestrzeni publicznej/politycznej nie ma. Dlatego Donald Tusk i Michał Boni, choć może lekko spoceni pod pachami, śpią spokojnie. Ich koncepcja nie musi zwyciężyć — zwyciężyła już dawno i wszyscy przyjęli ją jako jedyną słuszną.

Na skuteczną ofensywę polityczną szans w tej chwili nie widać, ale jest jeszcze cień nadziei na reakcję społeczną. I tu związki zawodowe mają do odegrania wiodącą rolę. Związki powinny oprotestować podwyżkę VAT ze wszystkich sił i użyć wszelkich dostępnych środków służących zablokowaniu tego projektu (negocjacje dot. ustawy budżetowej na rok 2011 jeszcze się nawet nie zaczęły — to podpowiedź na początek). VAT jest podatkiem od konsumpcji. Od lat słyszymy jak związki zawodowe — zwłaszcza OPZZ — lamentują (słusznie!) o nowym zjawisku — biednych pracujących (w skrócie: chodzi o to, że praca w Polsce nie chroni przed biedą). Biedni polscy pracownicy przeznaczają znakomitą większość swojego dochodu właśnie na konsumpcję i to dla nich nowe stawki będą najbardziej dotkliwe. W strukturze wydatków ludzi majętnych konsumpcja nie przekracza 50% dochodu, a czasem nawet 25%. Realnie biorąc zatem podwyższenie stawki VAT o jeden procent oznacza de facto wzrost podatku dla osoby biednej — przeznaczającej 90% swojego dochodu na konsumpcję (w tym mieszkanie, media, żywność itd.) — o 0,9%, a dla osoby bardzo bogatej o 0,25%.

Według rządowego projektu podwyżka VAT ma objąć — wbrew zapewnieniom polityków — wiele towarów pierwszej potrzeby. Stawka dla tzw. żywności nieprzetworzonej (głównie warzywa i owoce, a także drób, kawa, ryby) wzrośnie nie o jeden, lecz o trzy punkty procentowe. Jak obliczyli eksperci DGP bezpośrednia podwyżka nie będzie wielka w sensie nominalnym, np. litr mleka ma zdrożeć o około 10 gr. Należy jednak pamiętać, że podwyżka VAT to inflacyjny RedBull (potwierdzają to nawet liberalni eksperci: Anna Zielińsk-Głębocka, Adam Glapiński, Marek Zuber, Elżbieta Chojna-Duch, Andrzej Kaźmierczak czy Grzegorz Maliszewski). Z jednej strony mamy więc nominalną podwyżkę oraz realny spadek siły nabywczej pieniądza; ergo – podwyżka jest realnie jeszcze wyższa. Niektóre stawki VAT na żywność ulegną jednak zmniejszeniu — te na żywność przetworzoną (głównie wędliny i nabiał, czyli towary należące do grupy najbardziej szkodliwych dla człowieka).

To jednak drobiazg, gdyż podwyżka VAT ma objąć także energię elektryczną, a w grę wchodzi też podwyżka akcyzy co oznacza wzrost cen paliwa. Mijają się zatem z prawdą minister Rostowski i premier Tusk. Pierwszy twierdzi, iż cena żywności w skutek kombinacji przy stawce VAT spadnie o 0,7%. Trudno powiedzieć na czym opiera on swoją „analizę”, ale prawdopodobnie na tym, iż cena stawka VAT na przykład na chleb nieco się zmniejszy. Niestety, to tylko teoria. Oprócz VAT-u, który w wypadku chleba nieznacznie się zmniejszy, w cenę chleba wchodzi też koszt jego wypieku i dostawy. Jeśli zdrożeje energia elektryczna i benzyna — koniec końców — zdrożeje wszystko.

Na koniec warto dodać, iż członkowie Rady Polityki Pieniężnej już rozważają możliwość zwiększenia stóp procentowych o 25 punktów bazowych już w październiku co oznacza, iż zdrożeją kredyty, a — przypomnijmy — Polacy „ciągną” wyłącznie na kredytach. Do tego dołóżmy jeszcze jeden wątek, który przez media przemknął prawie niepostrzeżenie. Państwowa Inspekcja Pracy uprzejmie doniosła niedawno o drastycznym wzroście sumy niewypłaconych należnych wynagrodzeń w stosunku do ubiegłego roku. To wszystko razem wieszczy zupełne załamanie konsumpcji, co jest receptą nie na zażegnanie kryzysu, ale na kompletną katastrofę gospodarczą i społeczną.

Ludzie biedniejący (inflacja + zamrożenie płac) nie kupią drożejących (podwyżka VAT) produktów, zatrzymanie konsumpcji to zatrzymanie produkcji; zatrzymanie produkcji to redukcja zatrudnienia (także w usługach); redukcja zatrudnienia to większe wydatki na świadczenia społeczne dla bezrobotnych i ich rodzin… Rząd ukręcił nie tyle bicz co samozaciskającą się pętlę.

Parafrazując słowa znanej piosenki Stanisława Staszewskiego — darujcie, ale to jeszcze nie ballady kres! Wspomniany na samym początku Wieloletni Plan Finansów Państwa to nie przypadkowe dziecko rządu o dziwnych inicjałach, lecz dziecko poczęte z wyrachowania. Ekonomiczni eksperci OPZZ wyjaśniają, iż WPFP to kolejna próba ucieczki rządu przed — za przeproszeniem — dialogiem społecznym. W założeniach budżetu, które rząd przesłał związkom zawodowym do konsultacji zawarte są niezwykle ogólnikowe uwagi i sformułowania. Zresztą zostały one przekazane i tak z gigantycznym opóźnieniem, urzędnicy ministerialni tłumaczyli się… powodzią. Najprawdopodobniej jednak była to tylko typowa gra na czas. Przygotowano i założenia do budżetu i WPFP, które rząd w ekspresowym tempie przyjął, a mógł to zrobić bo „Wieloletni Plan” to nie budżet i nie podlega obowiązkowi społecznych konsultacji. Związkom zawodowym podrzucono zatem jakieś śmieci, a prawdziwym spiritus movens polityki rządu będzie świstek papieru, który nie ma żadnego realnego statusu prawnego, do którego nie da się zgłosić skutecznych pretensji czy zablokować realizacji tak długo jak działania nim powodowane będą omijały instytucje społecznych konsultacji. Wypada w tym miejscu zacytować innego klasyka — Wojciecha Młynarskiego — sprytnie sobie to Panowie wymyślili.

Yes we can? (a substitutionalist apprach)

Nie wiem czy mi się to uda, ale możecie spróbować trzymać kciuki. Od jutra powracam do formy publicystycznej!

Szczęśliwie, moja wielokulturowość, pozwala mi podchodzić do takich stwierdzeń z dystansem. Większość osób ze świadomością nadwiślańską święcie wierzy w moc sprawczą swoich postanowień. Dotyczy to — to moje zupełnie subiektywne, a więc być może nieco fałszujące rzeczywistą proporcję obserwacje — w większości kobiet. One demonstrują to częściej i aktywniej. Naturalnie, nie wynika, to z braku zdolności myślenia, tylko (tak mi się wydaje) ich pozycji społecznej, która zmusza ich do zachować substytucjonalistycznych, że posłużę się sformułowaniem takim tego… Opierają się na substytutach. Dążenie do nieprzemyślanych lub błędnie zdefiniowanych celów (na zasadzie właśnie postanowienia) i racjonalizowanie doznawanych w trakcie tej drogi krzyżowej przykrości jest dla nich nader często substytutem niezależnego myślenia, niezależności w podejmowaniu decyzji oraz obleśnego, polskiego kowalstwa swojego losu. Potem, gdy kreatywność racjonalizatorska zanika, włącza się ta religijna i kowalstwo przeskakuje w krzyżostwo (godnie niosą swój krzyż). Stosując zachowania substytucjonalistyczne, osoby takie, modelują rzeczywistość wokół siebie (na tyle na ile to możliwe of course), w taki sposób, że stają się podwójnymi ofiarami. Z jednej strony tworzą sobie wyzwoleńczo-emancypacyjne iluzje, które muszą cały czas pielęgnować; z drugiej zaś odbierają sobie fizyczne (organizacyjne) i intelektualne zdolności do realnego kierowania ważnymi (czasem bieżącymi, a czasem długofalowymi) kwestiami, od których ich byt materialny i mentalny na prawdę zależy. Nie mogą sobie pozwolić nawet na gram krytycznego myślenia, bo skutkowało by to eksplozją pielęgnowanych od lat fantazmatów, które umacniają je w wierze o „niezależnym”, „ostatecznym”, „koniecznym”, „potrzebnym” i „słusznym” postanowieniu. Tak więc … Dupa zupełna.

U mnie sprawa jest mniej skomplikowana — muszę zepchnąć jeszcze więcej obowiązków na inne osoby. Najbliższe dwa dni z pewnością będą służyły właśnie temu…

Aktywny rytm mieszczański

Mieszczański chyba nie, raczej miejski… Choć mieszczański w tym sensie, że organizacyjnie wyznaczony przez czynności typowe dla grupy, którą niektórzy (z upodobaniem godnym sprawy dużo bardziej pożytecznej) nazywają mieszczaństwem. Aktywny dlatego, że obejmuje praktyczni całość obowiązków domowych — zostałem dzisiaj ukurowiony. I bardzo mi się to podoba. Zajmowałem się dzieckiem, odkurzałem, myłem podłogi, dwa razy gotowałem, a w międzyczasie nasrałem jeszcze fotografii na FaceBooka (a wczoraj wieczorem na Picassę). Na koniec dnia, pomimo przeziębienia, wybrałem się z dzieciejem i partnerką na basen. Cieszę się, że się na to zdecydowałem — jechaliśmy w zajebistej burzy, a na basenie odkryłem saunę parową. Niestety moja próżność nie została dzisiaj zaspokojona co straszliwie mnie irytuje… Na ponad 100 zdjęć, które umieściłem na FaceBook-u poszły może ze dwa komentarze… Dobrze, że się dziś napracowałem i nie mam się za bardzo siły denerwować, bo inaczej musiałbym zażywać tabletki firmy Torbopharm.

Eh, ludzie to mają problemy…

Respect to the master, respect to the masterpiece…

Respect the masterpiece. It is true reverence to man. There is no quality so great, none so much needed now.

Frank Lloyd Wright


LH = complete non-sense

Spending too much time doing things you like/enjoy kills can kill your creativity. Add a pinch of stress on top of that and get paralized completely. … Well, the lesson from tonight should be — do not watch ‘The A-Team’ prior to estimating your political and organizational competence on the basis of a much appreciated non-sense published on FaceBook. How does that sound? :]

Pasadena Murdock

P.S. I am sure once I start writing again — things will start to steadily get better… I hope… Which I’m loosing. Ah, what a non-sense… But this non-sense is better! I can’t really use it to estimate anything. Geez, complete non-sense…

Business as usual

Publiskuję ten clip tylko dlatego, że mnie wkurw bierze na to wszystko… Uprzedzam tylko, że — pomimo, iż traktuje o sprawie poważnej — jakoś propaganodowo-PR-owa tego filmiku jest mniej więcej taka jak Pokoleń przy Niewolnicy Izaurze. Od razu informuję, że nie tylko samo porównanie, ale również elementy porównane zostały dobrane nieprzypadkowo… Niemniej…


How can I drink all the bottles from inside my bag?

Jest to dzień banalny. Taki dzień, poza wszystkimi banałami charakteryzuje niewielka ilość refleksji z pogranicza ironii i rzeczywistego zrozumienia dot. zjawisk zupełnie nieważnych. Jednym z takich zjawisk jest pewna osoba, którą w pierwszym mentalnym odruchu, do głowy przyszło mi nazwać Kwiat Lotosu. Wiem, że to bardzo głupie, ale nie muszę jakoś zastępować prawdziwe nazwiska, tudzież pseudonimy, bo inaczej spotkać by mnie mogło wiele przykrości. Nie żebym miał jakiś problem z przykrościami ogólnie, ale w tej chwili mam naprawdę za dużo roboty, żeby sobie jeszcze tak niepotrzebnej dokładać. A i nie będę godzinami myślał nad jakimiś etykietkami, bo nie mam na to czasu…

Kwiat Lotosu charakteryzuje nader rozwinięty zmysł pseudoanalityczny i to nas łączy. Ciągłe rozmyślanie o pierdołach, o zupełnych pierdołach oraz o pierdołach ostatecznych. Wszystkie te kategorie służą określaniu tego jak bardzo nieistotna dla nikogo i niczego poza zakątkiem beznadziei, który pielęgnuje każdy, nawet inteligenty, umysł, są kwestie, które stają się przedmiotem takiej „analizy”. Oczywiście, ja prowadzę ją w sposóbHmm… Dochodzący, by tak rzec. Jak stoję w korku w autobusie np. A jak robię coś poważnego to oczywiście nie (to nas różni). Różni nas także to, że ja nie zawracam tymi bzdurami innym głowy… Chyba, że ktoś czyta to gówno… No, ale to już nie moja wina. Tylko jest jeszcze jedno podobieństwo — jak ja mam to wszystko pokazać, powiedzieć… Kiedy? Po co? :) Heh :)

Nieudacznictwo

Nieudacznictwo to z pewnością choroba naszych czasów i naszego pokolenia. Ci, którym „się udaje”, „udaje się” wyłącznie teoretycznie. Mają dzieci, pieniądze, czy co tam chcą. W rzeczywistości jednak noszą ten sam garb, co wszyscy Ci, których wolny rynek i cała jego ideologiczna nadbudowa zastała w okolicach dwudziestki. Chodzimy po świecie nie będąc pewni, czy należało zrobić tak jak nam mówili rodzice, czy też tak jak uważaliśmy sami. W moim wypadku oba stanowiska były do niczego. Pierwsze ograniczało się do „klepania” mantry w stylu „ucz się dobrze, bądź grzeczny, słuchaj się nas, a odniesiesz sukces, może Ci coś załatwimy”; drugie do stwierdzenia „mam to wszystko w dupie”. Od razu wyjaśniam – pomiędzy tymi opcjami trzeciej drogi nie ma. Jeżeli ja jej nie znalazłem, to raczej nie macie szans znaleźć jej i Wy. Zresztą poszukiwania te odradzam. Są one nieskuteczne, kończą się zawsze (no, prawie…) fiaskiem i kreatywność nakierowują raczej na zaspakajanie/łagodzenie wynikłych z tych poszukiwań frustracji. Na ogół kończy się to idiotycznymi czynnościami, które na jakiś okres odbierają możliwość rozsądnego myślenia. Zbyt wiele takich wypadków powoduje ciągi bardziej obezwładniające od alkoholowych. Jeden taki trwał u mnie około dziesięciu lat (no, prawie…). Jakie są tego efekty – wolę nie przyznawać się publicznie, tym bardziej, że nie będą one raczej dla nikogo zaskakujące. Po swoich współpracownikach i znajomych widzę, że wszyscy przeżywają to bardzo podobnie, by nie rzec – identycznie… Heh, jeszcze jeden dowód na to, że ludzie są jednak do siebie bardzo podobni…

Najgorsza, a jednocześnie najlepsza w tej całej matni rzecz – z tego się nie wyrasta! I nawet jak „się udaje” to ostatecznie „udaje się” tylko połowicznie. Dlatego, że o „udaniu się” decyduje to co lingwiści lubią najbardziej – kontekst. A ten zmienną jest nieustanną…

Kontekst decyduje również – jak łatwo idzie się domyślić – nie tylko o udacznictwie (ewnetualnym nader), ale i (a może przede wszystkim) o nieudacznictwie. Jeżeli ktoś dysponujący dozą inteligencji pozwalającą mu na samodzielne formułowanie refleksji bez obciążeń kolorytem lokalnego syfilisu antyintelektualnego, nie wykorzystuje tej właściwości dostatecznie często jest niewątpliwie nieudacznikiem – bo taki człowiek, na ogół, nazbyt wielu asów w rękawie nie ma. A rzeczywistość trzeba jakoś przetwarzać i tym przetworzeniem do niej emanować. Bo inaczej nie ma nawet po co pytać „po co?”.

Dobra, nie ma co pierdolić.

Pozdrawiam,

d.