Archive for July, 2010

Nieudacznictwo

Nieudacznictwo to z pewnością choroba naszych czasów i naszego pokolenia. Ci, którym “się udaje”, “udaje się” wyłącznie teoretycznie. Mają dzieci, pieniądze, czy co tam chcą. W rzeczywistości jednak noszą ten sam garb, co wszyscy Ci, których wolny rynek i cała jego ideologiczna nadbudowa zastała w okolicach dwudziestki. Chodzimy po świecie nie będąc pewni, czy należało zrobić tak jak nam mówili rodzice, czy też tak jak uważaliśmy sami. W moim wypadku oba stanowiska były do niczego. Pierwsze ograniczało się do “klepania” mantry w stylu “ucz się dobrze, bądź grzeczny, słuchaj się nas, a odniesiesz sukces, może Ci coś załatwimy”; drugie do stwierdzenia “mam to wszystko w dupie”. Od razu wyjaśniam – pomiędzy tymi opcjami trzeciej drogi nie ma. Jeżeli ja jej nie znalazłem, to raczej nie macie szans znaleźć jej i Wy. Zresztą poszukiwania te odradzam. Są one nieskuteczne, kończą się zawsze (no, prawie…) fiaskiem i kreatywność nakierowują raczej na zaspakajanie/łagodzenie wynikłych z tych poszukiwań frustracji. Na ogół kończy się to idiotycznymi czynnościami, które na jakiś okres odbierają możliwość rozsądnego myślenia. Zbyt wiele takich wypadków powoduje ciągi bardziej obezwładniające od alkoholowych. Jeden taki trwał u mnie około dziesięciu lat (no, prawie…). Jakie są tego efekty – wolę nie przyznawać się publicznie, tym bardziej, że nie będą one raczej dla nikogo zaskakujące. Po swoich współpracownikach i znajomych widzę, że wszyscy przeżywają to bardzo podobnie, by nie rzec – identycznie… Heh, jeszcze jeden dowód na to, że ludzie są jednak do siebie bardzo podobni…

Najgorsza, a jednocześnie najlepsza w tej całej matni rzecz – z tego się nie wyrasta! I nawet jak „się udaje” to ostatecznie „udaje się” tylko połowicznie. Dlatego, że o „udaniu się” decyduje to co lingwiści lubią najbardziej – kontekst. A ten zmienną jest nieustanną…

Kontekst decyduje również – jak łatwo idzie się domyślić – nie tylko o udacznictwie (ewnetualnym nader), ale i (a może przede wszystkim) o nieudacznictwie. Jeżeli ktoś dysponujący dozą inteligencji pozwalającą mu na samodzielne formułowanie refleksji bez obciążeń kolorytem lokalnego syfilisu antyintelektualnego, nie wykorzystuje tej właściwości dostatecznie często jest niewątpliwie nieudacznikiem – bo taki człowiek, na ogół, nazbyt wielu asów w rękawie nie ma. A rzeczywistość trzeba jakoś przetwarzać i tym przetworzeniem do niej emanować. Bo inaczej nie ma nawet po co pytać „po co?”.

Dobra, nie ma co pierdolić.

Pozdrawiam,

d.

1 Comment

Wspaniałe rowero kuszą & TS

Aforyzmy lubię wręcz nadzwyczajnie, bowiem jest w nich coś czemu do pięt nie sięgają żadne mini-blogi typu Twitter itp. Masowa produkcja aforystów i aforystek sprzyja jedynie epidemii grafomanii, która zataczając coraz szersze kręgi staje się powoli punktem odniesienia — zarówno dla mas jak i dla elit (dla tych ostatnich bardziej, bo pozwalam im angażować jeszcze mniej wysiłku intelektualnego dla uwiarygadniania statusu; ergo — wystarczy być grafomanem, tylko “dobrym”).

A piszę o tym gdyż TS nasunął mi sformułowanie sformułowane przez pewnego cynika i szmatę, niemniej cholernie trafne. Toteż przedstawiam je tu…

You can always count on the Americans to do the right thing… After they’ve tried everything else.

Ah, jakie wspaniałe rowero kusza było dziś rano…. Ah, jakie wspaniałe…

1 Comment

Śladowe ilości moralności

Są tematy, które dyżurni specjaliści od wszystkiego poruszać wielbią szczególnie. Jednym z tych tematów jest — to w pewnym sensie naturalne — moralność. Jest to zjawisko, które interesuje mnie szczególnie i tylko i wyłącznie ono pobudza mój zachwyt filozofią, którą postrzegam w dużej mierze jako nieustanną próbę rozstrzygania zagadnień u swej istoty właśnie moralnych. Niektórzy lubią nawet zabawy pt. czy Twoja filozofia określa Twoją moralność, czy też moralność filozofię. Jest to “problem”, który również określa moralność (poprzez ujawnienie systemu wartości) osoby go stawiającej. Jeżeli serce/umysł tejże zaprzątnięte jest takim dylematem, to życzyć można jedynie skutecznej psychoterapii, choć w Polsce — kraju katolickiego pogromu intelektualno-filozoficznego — bardzo trudno się z czymś takim zetknąć. I to też jest kwestia moralna…

Usilnie międlonym przez filozofów różnego szczebla zagadnieniem jest różnica pomiędzy dobrem i złem. Szkoda, bo większość traktatów na ten akurat temat (nie żebym miał do czynienia z tak znowu wieloma, ale moja moralność pozwala mi na takie nadszarpujące rygor naukowy uogólnienie w tym akurat wypadku) jest infantylna i nudna. Dobro i zło są zjawiskami zupełnie abstrakcyjnymi, których definicja doraźnie powstaje gdzieś na styku świadomości indywidualnej i grupowej w zderzeniu z konkretnymi okolicznościami. Naturalnie, są pewne ogólne ramy, ale kwestia kategoryzacji danego zjawiska jako dobre lub złe następuje na ogół w momencie konfrontacji swojego doświadczenia z konkretną sytuacją. Moralna ocena danego zjawiska, osoby, scenki rodzajowej itp. może być odmienna w różnych kontekstach i ulegać zmianie; nawet tak — wydawałoby się — tak fundamentalna jak przyporządkowująca je do zbioru dobra lub zła. Dlatego właśnie niewątpliwie prawdziwe jest twierdzenie, iż każdy człowiek potrafi odróżnić dobro od zła. Naturalnie, każdy, kto miał szansę zapoznać się z tymi kategoriami.

Podział na dobro i zło jest kategorią o tyle istotną, że każdy człowiek, który dysponuje w dzisiejszym świecie choćby ułamkiem społecznej świadomości używa tej kategoryzacji cały czas — gdy myśli, gdy mówi, gdy je lub sra. Pod wpływem różnych akrobacji (m. in. propagandowo-PR-owych), które m. in. za cel stawiają sobie wygodne establishmentowi modelowanie powszechnej moralności, większość osób publicznie (czasem indywidualnie wobec najbliższych, a czasem indywidualnie nawet wobec siebie) odżegnuje się od tego narażając się, w oczach osób o moralności bliskiej mojej, na śmieszność. Gdy bowiem osobnik taki odda mocz wypiwszy przedtem trzy litry piwa uczucie ulgi promieniujące po całym jego organizmie, nawet jeżeli tłem jest możliwie najbardziej syfiasty kibel publiczny, ocenia on — mniej lub bardziej świadomie — jako “dobre”. Zaś uczucie towarzyszące mu w drodze pomiędzy stołem, za którym owo piwo spożywał oraz chwile oczekiwania w kolejce, kojarzy jako “złe”. Jest to zatem podział doprawdy obecny wszędzie — w sensie czasu i przestrzeni.

Jeżeli już przyjąć, że podział na dobro i zło jest tak wszechobecny, iż wdarł się nawet do obszaru naszej fizjologii to tym bardziej trudno mówić o stosunkach społecznych wolnych od tych zjawisk, a już o badaniu stosunków społecznych odżegnując się od niego… Nonsens. Oczywiście, do wszystkiego — do “dobra” i do “zła” także — podchodzić należy z poczuciem proporcji. Nie chodzi wszak o przydawanie wszystkiemu konkretnych atrybutów, tylko o możliwość swobodnego formułowania sądów wartościujących, które są podstawą człowieczeństwa i skutecznego jego rozwoju (pomijam oczywiste kwestie ekonomiczne). Działanie jednostek i grup, w ogromnej mierze, oparte jest właśnie na bodźcach, które w 80% (powiedzmy) zawierają się w tej kategoryzacji.

“Dobro” i “zło” są w pełni relatywne i jako zjawiska, na których bazować mają sądy oraz idące za nimi działania w pełni podporządkowane w zasadzie każdej z okoliczności, w sytuacji, w której — pośrednio lub bezpośrednio, świadomie lub nieświadomie — są przywoływane; czyli — praktycznie — cały czas. Jeszcze bardziej relatywnego kształtu nabierają na linii jednostka-jednostka. Najlepiej obrazuje to następujący, nieprzesadnie śmieszny, ale trafny, dowcip. Gnębiony całe życie chorobami, biedą, wypadkami i w ogóle wszelkimi nieszczęściami góral, w chwili zupełnej słabości, lezie do najbliższego kościoła, pada plackiem/krzyżem i rzewnie płacząc pyta boga cóż on mu takiego zrobił, że ów uczynił jego egzystencję pasmem katastrof. I otrzymał odpowiedź, która nadeszła — jak śpiewał a propos księżyca wprawdzie, ale co tam, W. Młynarski — “z nieba głębi”: “a, bo widzisz, Jasiu, ja Cię tak jakoś kurwa nie lubię”.

Proste pytanie — kogo się nie lubi? Nie lubi się ludzi dobrych? Nie, ludzi dobrych się lubi, bo “dobro”, ergo — “dobrych”, się lubi. Skala dobro-zło jest cholernie elastyczna emocjonalnie i zawsze w czasie rzeczywistym dostosuje się do sytuacji. Nie da się nie lubić “dobra”. W chwili gdy coś zaczyna nabierać, z punktu widzenia jednostki czy grupy, wymiaru negatywnego natychmiast staje się — w mniejszym lub większym stopniu — “złem”. Naturalnie, owo “zło” może mieć mnóstwo różnych charakterystyk i jakości, ale zawsze… Co innego kogoś “lubić” i tolerować jego/jej naganne moralnie (z naszego punktu widzenia) zachowania, a co innego “nie lubić” kogoś, pomimo, że dochodzi do zachowań moralnie poprawnych (znów, w/g nas). Bez dialektyki, jak без водки nie zajarzysz. Kwestia ilości przechodzącej w jakość… Ale to inna bajka.

Są zatem ludzie źli i dobrzy i każdy z nas tą kategoryzacją operuje. Niezależnie od tego czy się do tego przyznaje, czy nie. I na jej podstawie właśnie (o ile nie ogranicza go ekonomia, choć i ona w dużej mierze zbiory te kształtuje) dokonuje większości wyborów co do “lubienia” bądź “nie-lubienia”. Ja należę do niewielkiego w Polsce grona osób, które nie mają problemu z manifestowaniem swojego filozoficzno-moralnego ego. O niejednym  i niejednej wyraziłem się już — tak, tak… publicznie! — jako złym/złej. Na ogół sprawa nie jest przesadnie skomplikowana — jeżeli ktoś świadomie dąży do krzywdy innych ludzi, postępuje cynicznie, złośliwie, uszczypliwie, podle, zdradziecko, nielojalnie i czerpie z tego satysfakcję w jakiejkolwiek formie, jest zły, tudzież zła. Takim ludziom należy się skrajny brak lojalności, nienawiść, pogarda, pomówienia i inne tego rodzaju zachowania. Ludzie źli, to ludzie chorych (często nieuświadomionych, lub jeszcze częściej, przebijających się z rzadka do świadomości w chwilach gdy czerpać można ulgę z zadanej komuś krzywdy) intencji, to ludzie wiecznie zgubnych dla innych działań… To nie są nieudacznicy, to są po prostu chuje złamane po wielokroć! To ludzie, dla działań których nie ma usprawiedliwienia (dla dorosłego człowieka “trudne wychowanie”, tudzież “ciężkie dzieciństwo” nie jest usprawiedliwieniem). A jak chuja poznać? Ano… Łatwo bardzo… Każdy z nas umie powiedzieć o tym czy o tamtej, że z_niego/z_niej poczciwina tyko tego czy innego tematu nie dźwiga, a co innego gdy mamy do czynienia z typem, któremu czasem co wyjdzie, ale co to na co dzień szmatą jest ostatnią.

A co jeżeli nie umie? To niech idzie do domu, do kuchni, niech sięgnie po najcięższą patelnię jaką tam przechowuje i niechaj pierdolnie się tą patelnią prosto w czoło, bo innej rady, doprawdy, nie widzę…

Ach, jaksz to jest pięknie niemoralne…

No Comments

Ciągle gorzej…

Od 2001 roku, od kiedy SLD zrobiło to co zrobiło, jest tylko gorzej. Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, że przyjdzie mi toczyć moralno-polityczną dysputę wokół ewentualnego krytycznego poparcia Kaczyńskiego przeciw absolutnej władzy PO, której będę bał się jak kret światła, wyśmiałbym go i posłał do wszystkich diabłów. Jakakolwiek myśl o czynności zbliżonej choćby odrobinę do poparcia jednego z najważniejszych eksponentów prawicowego ciemnogrodu w Polsce nie przeszłaby mi nawet przez głowę.

Niestety, ówczesna klęska SLD znaczonego rządami Millera, Hausnera i Belki, doprowadziła nas na skraj przepaści. Obaj kandydaci mają poglądy dokładnie tak podobne jak pierwsze litery nazwisk. I największym żalem serce napełnia już nawet nie to, iż obecne wybory znajdują tak tragiczny finał, ale to, że tyle lat po katastrofie ostatniego SLD-owskiego rządu polska lewica niczego się nie nauczyła. Chociaż… Grzegorz Napieralski miał, jak na poziom polityczny SLD, całkiem dobrą kampanię. Najbliższa przysłość pokaże czy dla tej partii jest jeszcze jakiś cień nadziei…

Schlag jednak trafia prawdziwy dopiero gdy głos zabiera środowisko warszawskiego lewicowego salonu liberalnej inteligencji — nie da się nie dodać — szpagatowej. Wydała ona piórem kilku swoich luminarzy pożałowania nawet nie godny tekst wzywający do poparcia w wyborach prezydenckich Komorowskiego. Używa w nim “argumentacji” na poziomie demagogiczno-bazarowym; jest to poprostu nieudana kopia prop-agitu jaki serwowała nam przez cały okres kampanii “Gazeta Wyborcza” i inne media ideowo jej pokrewne. Czytelnik zostaje skonfrontowany z płaskim szantażem IV-tą Rzeczpospolitą, Rydzykiem i “zamknięciem klubu Le Madamme”. Odpór tej medialnej mantrze skopiowanej przez “Krytykę Polityczną” dał Michał Zygmunt komentując dobitnie:

Autorek i autorów skandalicznego tekstu “Im gorzej tym gorzej”, tej przeraźliwie miałkiej intelektualnie propagitki, ani śmieciowe umowy o pracę, ani zasiłki dla bezrobotnych, ani większa progresja podatkowa nie obchodzą. W końcu bezrobocie celebrytom intelektualnego światka nie grozi, a progresja podatkowa może być co najwyżej osobistym obciążeniem. Autorki i autorzy tego tekstu za najważniejsze postulaty lewicy uznają te światopoglądowe, co świadczy o ich kompletnym oderwaniu od rzeczywistości. Przeciętnego wyborcy lewicy — mieszkańca raczej mniejszego miasta, ubogiego, sfrustrowanego rzeczywistością po 1989 roku — nie interesują subtelne różnice estetyczne, które tak dotykają Agnieszkę Graff, Stanisława Obirka i pozostałych autorów tekstu. Jego interesują odpowiedzi na pytania o dostępność pracy, o jej stabilność, wreszcie o to, czy w razie potrzeby państwo mu pomoże. Dziś nie pomaga. Głównie dzięki działaczom PO, którzy kiedyś nazywali się ROAD, Unią Demokratyczną, Unią Wolności i AWS, bo to oni tworzyli podstawy społeczno-gospodarczego ładu po 1989 roku. Chcecie na nich głosować? To przestańcie podpisywać się jako “lewica”.

Trudno się doprawdy nie zgodzić…

Jeszcze więcej na ten temat — http://www.zwiazkowiec.info/index.php/2010/06/27/krytyka-polityczna-w-ogonie-liberalnego-salonu/

No Comments