Archive for September, 2010

Sruhatek (dPut?)

- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? — spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę — Co wtedy?

- Nic wielkiego — zapewnił go Puchatek — posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

No Comments

Z podziękowaniami dla OL

Pozdrawiam!

No Comments

Ukebabić, zafejsować, upolitycznić…

Truizmy bywają czasem bardzo na miejscu. Oto jeden z nich — należy uczynić wszystko co w naszej mocy, by związki zawodowe stały się organizacjami atrakcyjnymi dla młodzieży, dla młodych pracownic i pracowników. Warto stwierdzenie to — często powtarzane — przytaczać, bo tylko to daje nadzieję, iż za którymś razem coś w ruchu zaskoczy i od powtarzania przejdziemy do dyskusji, a potem wnioskowania.

Zagadnienie to jest tak podstawowe, że nie potrzeba stosować żadnych wyrafinowanych akademicko-analitycznych schematów, by zrozumieć przyczyny i wagę problemu. Związki zawodowe nie są miejscem, do którego udaje się przeciętny młody, dobrze zapowiadający się aktywista. Wbrew powszechnemu (zwłaszcza wśród związkowców) przekonaniu dzieje się tak głównie nie dlatego, że ruch pracowniczy jako taki jest mało atrakcyjny dla młodzieży tylko dlatego, że nic nie robi w tym kierunku, by się jej przypodobać. Związki nie komunikują młodzieży, że jej potrzebują i że chcą skutecznie zagospodarować jej intelektualny potencjał. To właśnie działanie zmierzające do dostosowania struktury, a nie jej pierwotne właściwości decydują o wrażeniu jakie powstaje w przestrzeni publicznej.

Młodzież wie o związkach zawodowych — en masse — dokładnie zero, albo nawet mniej, bo informacje ich dotyczące czerpie z mediów głównego nurtu. To jednak tylko część problemu. Druga sprawa to potworne, patologiczne wręcz skupienie związków zawodowych na sobie. I nie ważne doprawdy, z czego ono wynika, bo nie czas się tłumaczyć — trzeba to zmienić.

Ruch zawodowy musi też wyleczyć się z obsesji uświadamiania. Młodzież w Polsce — owszem — nie ma prawie w ogóle świadomości w jakim świecie żyje i jak brutalną rzeczywistością jest otoczona. Mechaniczne wnioskowanie oparte o schemat: oni muszą w końcu zrozumieć jak ważne jest to, że my działamy i chronimy ich w miejscu pracy, że jesteśmy ich jedynymi sprzymierzeńcami, bla, bla, bla jest wyrazem naszej wspólnej, kolektywnej niemocy i jeśli nie mamy już nic innego do powiedzenia to lepiej siedźmy cicho. Naturalnie, należy prowadzić rozmaite kampanie promocyjne i świadomościowe, ale nie to jest kluczem do sukcesu. One powinny być elementem naszego publicznego wizerunku, a nie podstawowym narzędziem rekrutacji. To nie młodzież, lecz właśnie związki muszą zrozumieć. Muszą zrozumieć problemy z jakimi styka się grupa społeczna, którą chcą zainteresować i zabrać na ten temat głos, by nawiązać dialog i tym sposobem jeszcze skuteczniej się dostosowywać do jej potrzeb. Naszym obowiązkiem jest podać rękę i zbudować most, a nie uświadamiać młodzieży jak ważny jest “dialog społeczny”, którego młodzież, nie zna, nie rozumie, nie chce rozumieć, bo ma ważniejsze problemy i którego — co najważniejsze — w Polsce nie ma.

Skoczmy na kebaba

Sprzedaż stylizowanych na arabskie kanapki fast-foodów jest oczywiście pewnym symbolem. Chodzi o cały sektor gospodarki, którego pracownicy znajdują się w tak rozpaczliwej sytuacji, że nawet jeżeli związki zawodowe nie spełniają ich oczekiwań to się do nich zapiszą, bo życie — dużo lepiej niż działacze związkowi — uświadomiło im potrzebę walki z wyzyskiem. Cóż jednak z tego skoro związki zawodowe nie mają im niczego do zaoferowania? Młodzież z brutalnym obliczem rynku pracy styka się stosunkowo wcześnie, pracując dorywczo w gastronomii, magazynach, hipermarketach, call-centerach czy niewielkich punktach usługowych. Tam dostają — w najlepszym razie — do podpisania umowę o pracę na czas określony. Na ogół pracują w oparciu o umowy cywilno-prawne. Oczywiście, nie można zarzucić związkom zawodowym zupełnego braku aktywności w tej materii. Na przykład OPZZ podejmował szereg prób objęcia ochroną związkową osób zatrudnionych w taki sposób. Pytanie — czy młodzież o tym wie? Nie. Dlaczego? Dlatego, że nikomu — na przykład — nie przyszło do głowy skonstruować strony internetowej typu NieDlaMcPracy.org.pl. Nikt nie zorganizował konferencji na największych polskich uczelniach (podobno na wszystkich są związki zawodowe!) zapraszając studentów do debaty o tym co jeszcze można dla nich zrobić i jak uczynić te inicjatywy skuteczniejszymi. Ba, nikt nie rozdał nawet ulotek czy nie wywiesił plakatów w placówkach oświatowych. A cóż to jest za wielki problem skoro nasi związkowcy są na miejscu?! Trzeba im tylko te materiały wysłać i zaprosić do współpracy.

A jeśli już tak lubimy uświadamiać, to róbmy to w miejscach do tego przeznaczonych. Nasi oświatowi związkowcy mogliby — bez większego problemu — przygotować kampanię właśnie uświadamiania młodzieży czym są związki zawodowe — w trakcie godzin wychowawczych czy lekcji WOS. I nie ma co pisać pism z prośbami o włączenie tego do programu tylko trzeba tam iść i nauczać — jeśli uczniowie nie pójdą na wagary to choć cząstka komunikatu do nich dotrze.

Swoją drogą, rozmaite komisje czy sekcje młodych, które w centralach związkowych istnieją, powinny same proponować inicjatywy zmian prawnych, by technicznie umożliwić sprzedawcom kebabów czy kosmetyków przystępowanie do związków zawodowych. Jeżeli same nie są w stanie takich pomysłów wygenerować powinny konsultować to z prawnikami — specjalistami od prawa pracy, ustawy o związkach zawodowych itd. Tylko proszę mi nie mówić, że w związkach brakuje prawników, dobrze?

Poserfujmy na fejsie

Zmiana prawa to sprawa — zwłaszcza przy totalnie zdominowanym przez prawicę parlamencie — niełatwa. Wszyscy to wiedzą, działacze związkowi również. Niełatwa nie tylko dlatego, że nie sprzyja nam klimat polityczny, lecz dlatego, że zbyt zajęci jesteśmy ciągłym reformowaniem naszej strategii z defensywnej na jeszcze bardziej defensywną (choć chlubne wyjątki się oczywiście zdarzają, vide — inicjatywa OPZZ w sprawie emerytur). Tak nas to pochłania, że nie przyszło nam do głowy skonstruować strategii ofensywnej, programu, którego częścią byłaby właśnie totalna przebudowa ustawy o związkach zawodowych i Kodeksu pracy. Ale o tym za moment…

Jest jednak parę inicjatyw, które zrealizować można doprawdy niewielkim nakładem sił i środków. Przykładem takiego działania byłoby skuteczne zagospodarowanie oferowanej prawie za darmo przestrzeni w internecie. Młodzież masowo przesiaduje przed komputami — żadne to odkrycie. Dla młodzieży jednym z filarów poznawania świata jest wyszukiwarka Google. Zresztą dotyczy to nie tylko młodzieży. Dla większości Europejczyków poniżej 45 roku życia — uogólniając — dane zjawisko nie istnieje jeśli nie można go wygoogleować. Taka jest dziś rzeczywistość. Tymczasem związki zawodowe zakleszczyły się w przeszłości. Wielu działaczy nie uznaje komunikacji e-mailem i nie reaguje dopóki sekretarka nie przyniesie nim rozpieczętowanej koperty na biurko. A dziś czas nie tylko się umejlowić lecz także zafejsować, utwitterzyć, zablipić, pojutjubić… Ewentualnie jeszcze povimeić, zviboksować i iplnąć. Oczywiście, nikt takich określeń nie używa, są to absurdalnie brzmiące czasowniki powstałe od nazw najpopularniejszych platform internetowych, na których młodzież jest obecna masowo. Pytanie jest proste — dlaczego nie ma tam związków zawodowych? Dlaczego przewodniczący różnych szczebli nie mają tam swoich profili (poza nielicznymi doprawdy wyjątkami)? Dlaczego nie wykorzystują ich — choćby przez swoje sekretarki czy asystentów, jeżeli sami nie mają czasu — do nawiązania dialogu z młodzieżą? To nie wymaga żadnych wielkich sił, środków, nakładów finansowych czy ciężkich starań. Potrzeba tylko systematyczności i woli kontaktu z młodzieżą kanałami, do których jest przyzwyczajona. Okólniki, kroniki czy inne tego typu obiegówki to przeszłość i to dość daleka.

Zresztą międzynarodowy ruch pracowniczy już na to wpadł. Nie tylko jest obecny na portalach typu FaceBook.com czy Twitter.com, ale stworzył także własne, związkowe wersje tych platform. Najbardziej znaną jest bodaj UnionBook.org. Założenie konta na tymże portalu to dosłownie pięć minut roboty, a umożliwia kontakt z dziesiątkami tysięcy działaczy na całym świecie, z czego większość to osoby młode i mocno zainteresowane kwestią skutecznej rekrutacji w ramach grup wiekowych, do których sami należą. Można by się ich zapytać jak to się robi w kraju, z którego pochodzą i co by nam radzili… Na przykład… Na przykład… Takie kontakty można wykorzystywać na wiele sposobów.

Portal ten stwarza także możliwość blogowania. Wielu polityków już zrozumiało, że blogi to doskonały sposób na komunikację z młodymi ludźmi i przyciągnięcie ich uwagi. Gdy Janusz Palikot napisze coś na blogu zaraz dudnią o tym wszystkie media. Jeżeli Jan Guz czy Janusz Śniadek również by się na podobne działanie zdecydowali — byłoby może mniej szumu w mediach, ale na pewno będzie to zjawiskowe. W tej chwili nasz portal internetowy — www.zwiazkowiec.info — przygotowuje możliwość samodzielnego prowadzenia blogów przez działaczy związkowych.

Nasz program, nasz język

I na koniec sprawa najważniejsze — co mamy młodzieży do zaproponowania? Bo jeżeli tylko dialog społeczny, to choćbyśmy na rzęsach stanęli i choćby każdy z blisko miliona członków w OPZZ spędzał pół dnia blogując i szalejąc na FaceBook.com nic z tego nie będzie. Młodzi ludzie, którym jeszcze zależy i którzy chcą zmieniać świat potrzebują idei, z którą mogliby się identyfikować, idei nowej, idei zmiany, a nie ciągłego nawoływania do spokoju i konserwowania zastanego ładu, którego nikt tak naprawdę nie akceptuje. Potrzebują alternatywy, z którą mogliby się identyfikować, a związki zawodowe mogą ją stworzyć. Młodzież rozczarowana partiami politycznymi zwróci się ku nam, ku ruchowi pracowniczemu, jeżeli pokażemy, że jesteśmy inni niż skompromitowana klasa polityczna, jeżeli pokażemy, że mamy swoje pomysły i że jesteśmy potężną siłą społeczną, intelektualną i polityczną… Wtedy wszystko się zmieni. Tylko… Czy związki zawodowe naprawdę chcą takiej zmiany?

No Comments

Czasem niektóre rzeczy wkurwiają doprawdy niesłychanie

Desperacki apel warszawskich niewidomych

Niewidomi z dramatycznym apelem: “Usłyszcie nasz głos!”
Wojciech Karpieszuk 2010-09-18, ostatnia aktualizacja 2010-09-17 21:11:03.0
Dramatyczna konferencja prasowa osób niewidomych pod stacją metra Centrum. Domagają się jak najszybszego zamontowania pasów pozwalających wyczuć laską krawędzie peronów. Apelują: – Usłyszcie w końcu nasz głos.

No Comments

Zabawy z krzyżem

Gdy wybuchła kolejna idiotyczna awantura — tym razem o krzyż — nasza redakcja podjęła decyzję o powstrzymaniu się od komentarzy na ten temat. Uznaliśmy temat za tak żenujący i błahy, że w obecnych okolicznościach — straszliwych powodzi, podwyższania podatków najbiedniejszym i katastrofy ekonomicznej jaką zwiastuje przysłany niedawno do konsultacji projekt budżetu — komentować go po prostu nie wypada. Niestety, “potęga” polskich mediów uczyniła z drewnianego krzyża przez Pałacem Prezydenckim hecę tak wielką, że pominąć się tego zjawiska po prostu nie da. Organizowane są wokół niego polityczne spektakle, które nadają całej polskiej przestrzeni publicznej nowy kształt. Szkoda, bo jest nad czym się w Polsce pochylić.

Krótko po katastrofie prezydenckiego samolotu w Rosji ktoś postawił przed pałacem prezydenckim drewniany krzyż. W morzu zniczy i kwiatów nie robił na nikim większego wrażenia. Nie bardzo nawet wiadomo chyba kto go tam postawił. Podobno jacyś harcerze (na stronie ZHP nic na ten temat nie ma). Dziś z tego bałaganu pozostały metalowe ramy, grupka namiętnie modlących się odszczepieńców i policyjny radiowóz zaparkowany parędziesiąt metrów na północ i oczywiście rzeczony krzyż. Obecny widok na pałac prezydencki jest symbolem intelektualnej i politycznej nędzy polskiej klasy politycznej; jest obrazem kapitulacji przed katolickim fundamentalizmem; w końcu jest uwieńczeniem dwudziestu lat systematycznej kleryklizacji kraju. Polski estblishment wychował sobie potwora, z którym teraz nie bardzo wie co począć. I nie byłoby to nawet specjalnie zaskakujące gdyby przy tym wszystkim władze nie manifestowały tak brutalnie swojego tchórzostwa.

Krakowskie Przedmieście, reprezentacyjna warszawska arteria, przy której stoi Pałac Prezydencki przypomina obecnie prowizoryczną warownię, w której zabarykadował się sam Zwierzchnik Sił Zbrojnych obawiający się jakiejś rewolucji. Kolorytu dodają obleśne wręcz instalacje “artystyczne” wzniesione tuż obok na cześć tzw. cudu nad Wisłą. Ich główny motywem są ulotki i plakaty propagandowe z tego okresu oraz dwa wysokie na kilka pięter portrety Lenina i Piłsudskiego, na których ten pierwszy wygląda jak psychopata, a drugi jak zrelaksowany dostojnik. Pomiędzy nimi rozciągają się instalacje z hasłem “wojna światów”. Niektórzy polscy komentatorzy, chyba z braku lepszego pomysłu, uznali, iż ów slogan to część okołokrzyżowego spektaklu, a nie wspomnieniowego prop-agitu i zaczęli produkować eseje o wielkiej wojnie pomiędzy “złem i wstecznictwem” (PiS, “mohery” itd.) oraz “dobrem i nowoczesnością” (PO, Komorowski, wolny rynek). Tymczasem żadnej wojny nie ma, są tylko nieudolne próby porozumienia. Rząd wraz z kościołem katolickim lawiruje pomiędzy fundamentalizmem, którego obie te instytucje potrzebują jako wentylu bezpieczeństwa w razie gdyby prawicowa dominacja ideologiczna w Polsce została podważona a neoliberalnym medialnym establishmentem, który pomógł PO wygrać wybory i teraz żąda czynów — na początek usunięcia krzyża; a potem likwidacji państwowego szkolnictwa, lecznictwa, wysokiej kultury itd. Moment okazał się wyjątkowo niewygodny, bo sfrustrowane przegraną J. Kaczyńśkiego PiS zrobi wszystko, by sytuację tę wykorzystać dla odwrócenia trendu politycznej koniunktury sprzyjającej wciąż Platformie, a media muszą jakoś uwiarygodnić swoje niemal bezwarunkowe poparcie dla Komorowskiego jako światłego i odważnego. A że wszystko to przybiera charakter cyrkowy, cóż… Czyż to jest pierwszy taki cyrk w ciągu ostatniego dwudziestolecia w Polsce?

Najbardziej bolesne — już nawet nie politycznie, tylko wręcz estetycznie — jest publiczne tchórzostwo. Tchórzostwo władzy, która boi się ujawnić swoje prawdziwe oblicze, władzy, która chyba uwierzyła w swoją propagandową paplaninę o “polityce miłości” i “zgodzie, która buduje”. I to manifestowane w tak groteskowej sytuacji — gdy nieliczna doprawdy grupa fanatyków siedzi na chodniku i się modli przed “atakiem” której to Pałac Prezydencki ochraniają dziesiątki metalowych barier. Mało tego! Świta Komorowskiego nawet nie zechciała przyznać się, iż front pałacu “udekorowano” policyjnym osprzętem z powodu tzw. “obrońców krzyża” — wymigiwano się publicznie potrzebą dokonania jakichś “zabezpieczeń pirotechnicznych” (sic!). A gdy pojawiła się szansa na niewielkie zamieszki modlących się potraktowano ubraną w paradne mundury grupą strażników miejskich, którzy w ogóle nie wiedzieli co mają robić. Nasłuchali się tylko biedni obelg. Rządzący przestraszyli się oczywiście, że ktoś zarzuci im publicznie, iż dialog z Kościołem prowadzi za pomocą policji…

Oczywiście, część społeczeństwa się wściekła. Moment ten wykorzystali niektórzy komentatorzy posuwając się nawet do obwieszczeń o “początkach zapteryzacji” (masowej laicyzacji, od nazwiska hiszpańskiego premiera — Zapatero). Ich wesołość, o ile nie był to tylko kolejny medialny trick, lecz wyraz realnych przekonań, długo trwała nie będzie. Przypomnijmy sobie wielkie starcia ideologiczne z obozem klerykalnej prawicy — aborcja, konkordat pornografia… Społeczeństwo wrzało! A rządzący? I tak zrobili swoje. Tak będzie i tym razem. Jeszcze trochę i cyrk się zwinie… I wkrótce znajdzie sobie nowe poletko.

Warto jednak dodać, że rząd zajmuje się nie tylko tym. Awantura ta jest dla ekipy Tuska i Komorowskiego jest w pewnym wymiarze korzystna. Działa bowiem jak zasłona dymna, przez którą bardzo trudno przebijają się wiadomości o lekceważeniu związków, o brutalnym i antyspołecznym projekcie budżetu, o drożejącej żywności i biedniejącym społeczeństwie. I coż to za różnica gdzie będzie stał krzyż? Wszędzie ich pełno — w szkołach, ministerstwach, jest jeden w Sejmie (te jakoś nie przeszkadzają). Nasze portfele i nasze lodówki za moment będą puste — jest się czym zająć!

2 Comments

Świętoszki — 30

Obchody trzydziestolecia utworzenia NSZZ “Solidarność” doskonale wpisują się w polską rzeczywistość. Kompetencje polskiej elity oceniać można różnie, ale jednej umiejętności nie można jej odmówić — są to wyborni specjaliści w zakresie obchodzenia rocznic, zwłaszcza dotyczących katastrof. Urodziny “Solidarności” są doskonałą materią do propagandowej eksploatacji.

Przestrzeń medialna — jak zwykle przy takich okazjach — wypełniona została materiałem zabezpieczającym. Wszelkie komentarze, ckliwe wspomnienia, groźne pohukiwania czy wywiady składały się na strategiczną całość zabezpieczającą hegemonię dzisiejszej ideologii dominującej — zoologicznego antykomunizmu. Za wszelką cenę eliminowano lub wyciszano wszystkie czynniki mogące wywołać zdrowy odruch krytycznego myślenia. Niespodziewane anomalie — np. wystąpienie Henryki Krzywonos — skutecznie wykorzystano jako wentyl bezpieczeństwa i kolejne ostrze w machinie pro-rządowego PR-u.

Czas zmądrzeć

Presji “tradycji solidarnościowego zrywu” uległy też środowiska lewicowe, które choć prezentują (przynajmniej niektóre) odmienną od głównonurtowej interpretację historii NSZZ “Solidarność” czynią to często epatując odbiorcę “wielkością ruchu”, “nieosiągalną dziś zdolnością mobilizacji” itp. W ten sposób konserwują obraz masowego i aktywnego ruchu społecznego jako zjawiska o charakterze ponadnaturalnym. Resztę obrazka zaś w sercach i umysłach obywateli dorysowuje obecny na co dzień w mediach element anty-PRL-owski. Całość wygląda mniej-więcej tak: “S” była rzeczą wyjątkową, dziś nie da się już zorganizować w ten sposób ludzi, a komunizm był na tyle okrutny, że Polacy się jakoś na to zdobyli i zrzucili radzieckie jarzmo.

Trzydziestolecie powstania “Solidarności” — jako okoliczność szczególnie istotna z punktu widzenia polskiego ruchu związkowego i lewicy — powinna stać się dla nas okazją do kolejnej porcji refleksji, a nie kolejną platformą do uprawiania krytyki epoki lat `80 i ówczesnego systemu. Zwłaszcza, że nie ma za bardzo o czym już pisać czy co komentować. W ciągu ostatnich 30 lat wszyscy powiedzieli już swoje. Jednych usłyszano (prawica), innych zagłuszono (lewica). Nikt niczego nowego już nie stworzy, w przestrzeni publicznej żadnego sporu de facto nie ma, tworzy się jego pozory i dyskutuje o sprawach zupełnie z punktu widzenia polskiego pracownika nieistotnych. Refleksja, którą jubileusz “Solidarności” powinien zrodzić w polskim ruchu zawodowym dotyczyć winna nie nowej (naszej, lepszej, prawdziwej… itd.) wizji przeszłości, lecz nowej wizji przyszłości. W jaki sposób zamierzamy stać się organizacją atrakcyjną dla nieuzwiązkowionych pracowników? Jak zamierzamy zmieniać prawo, by zatrudnieni elastycznie młodzi ludzie mogli przystąpić do związków i korzystać z ich ochrony?

Wbrew powszechnie utrwalonemu poglądowi na komunę zakładanie, funkcjonowanie i rozwijanie związków zawodowych było wówczas dużo łatwiejsze, nawet tych nielegalnych. Dziś bowiem nielegalne — w takim samym sensie jak wówczas “Solidarność” są dokładnie wszystkie związki zawodowe. NSZZ “S” nie został bowiem powołany celem — jak się dziś powszechnie uważa — obalenia komunizmu, ale skutecznej obrony nagminnie łamanych praw pracowniczych i drastycznie spadających standardów pracy, płacy i w ogóle codziennego funkcjonowania. W tym samym celu organizacje związkowe powoływane są i dzisiaj. Problem polega jednak na tym, że ludzie decydują się na utworzenie zakładowych jednostek wyjątkowo rzadko. Podjęcie takiej decyzji jest dziś dużo bardziej ryzykowne niż kiedyś.

Bezrobocie

Dziś w Polsce — odwrotnie niż w chwili narodzin “Solidarności” — bardzo trudno o pracę. Wówczas obowiązywał swego rodzaju przymus pracy (zresztą zdefiniowany nawet prawnie), a bezrobocie było zjawiskiem zasadniczo nie znanym. Ewentualny konflikt z pracodawcą nie zwiększał — jak ma to miejsce dziś — poczucia niepewności jutra, a obawę o ew. zwolnienie łagodziła możliwość znalezienia pracy w innej branży lub innym regionie w sytuacji gdyby sprawa przybrała charakter ostrego konfliktu, w który mogły zostać zaangażowane instytucje polityczne czy aparat przymusu. Myśl “mogę zostać bez pracy” nie była na co dzień obecna w świadomości obywateli. Nie trzeba być dyplomowanym psychologiem społecznym by zrozumieć w jaki sposób takie okoliczności przekładają się na decyzje o konfrontacji z pracodawcą.

Zastraszenie

Potencjalna grupa inicjatywna, która chciałaby stworzyć organizację związkową w swoim miejscu pracy musi liczyć się na ogół nie tylko z wyjątkowo nieprzyjazną reakcją szefostwa, ale również z przebogatą paletą możliwości zastraszania i szantażu jaką mają do dyspozycji pracodawcy. Oprócz tego, dopuszczalne przez prawo tzw. elastyczne formy zatrudnienia (które dawniej nie istniały) po prostu ubezwłasnowolniają pracowników blokując ich skuteczne zrzeszanie się. Grupa pracowników, którzy mają podpisane umowy o pracę na czas nieokreślony jest wyjątkowo mała. Każdy inny typ umowy praktycznie uniemożliwia lub pozbawia sensu przynależność do organizacji związkowej gdyż — jeżeli nie grozi zwolnieniem (odmowa przedłużenia umowy) — to szanse ewentualnego awansu obniża do zera.

Podjęcie decyzji o utworzeniu związku zawodowego w takich okolicznościach to ciężka gatunkowo decyzja życiowa. W PRL zastraszanie ludzi było oczywiście również obecne, ale odbywało się na innej płaszczyźnie, głównie politycznej. Dziś jest to zasadniczo wyłącznie szantaż ekonomiczny, który nie ma wymiaru represji za antysystemową działalność. Tak więc zakładanie związków zawodowych nie przydaje ludziom glorii rewolucjonistów, ale za to bardzo skutecznie może doprowadzić pracownika i jego rodzinę na skraj ekonomicznej zapaści.

Struktura zatrudnienia

PRL stawiał na uprzemysłowienie gospodarki, zużycie surowców, produkcję. Organizację gospodarki krajów RWPG oceniać można różnie, ale niepodważalnym jest drastyczny wzrost ilości zakładów przemysłowych, który stał się jednym z jej fundamentów. Tymczasem dzisiaj na rynku dominuje branża usługowa. Jest to fakt o tyle znaczący, że organizowanie ludzi w tym sektorze jest dużo bardziej skomplikowane. Ludzie pracują w zespołach mniejszych i dużo rzadziej. Powszechne podwykonawstwo powoduje, iż pracownicy w ramach jednej jednostki usługowej mogą mieć kilku różnych pracodawców, a elastyczne formy zatrudnienia blokują możliwość zrzeszania się wielu osób w związkach zawodowych. W usługach — odwrotnie niż w przemyśle — trudniej wykształca się świadomość kolektywnych interesów. Praca ma najczęściej charakter projektowy lub sprzedażowy, często wysokość wynagrodzenia bywa powiązana z wydajnością — rozmaicie wyliczaną — indywidualnego pracownika.

W takich sektorach jak handel wielkopowierzchniowy, gastronomia czy sprzedaż detaliczna towarów, gdzie kolektywny interes pracowniczy jest — przynajmniej teoretycznie — cokolwiek łatwiej dostrzegalny, poważną przeszkodę stanowi rotacja w zatrudnieniu będąca rezultatem fatalnych warunków pracy i płacy. W przemyśle pracuje się zupełnie inaczej. Nie chodzi o prostackie klisze  typu “robotnicy podają sobie cegły na budowie” czy “robotnicy przy taśmie lepiej się znają”. Pracownicy przemysłowi oczywiście wiedzą o sobie więcej gdyż przebywają ze sobą dłużej również w innych okolicznościach niż wykonywanie obowiązków służbowych. Robotnicy często razem spożywają posiłki i myją się w zakładowych łaźniach. Jest jednak inny zasadniczy element — ilość. Kopalnie, stocznie, walcownie, cementownie czy fabryki samochodów zatrudniały dziesiątki tysięcy ludzi. W barach typu McDonald’s na jednej zmianie pracuje może 10 osób, bardzo zajętych, słabo wynagradzanych i ciągle poganianych.

Do tego dochodzi jeszcze atomizacja społeczeństwa i olbrzymi nawał propagandy prawicowej, którą społeczeństwo wchłania od dwudziestu jeden lat. Od małego ludzi uczy się, że mają brać udział w wyścigu szczurów i nie oglądać się za siebie. Tego, co przyznają nawet najbardziej zagorzali krytycy poprzedniego ustroju, w PRL-u nie było. Dziś każdy pilnuje swojego interesu — nie dlatego, że ktoś ludziom tak powiedział, ale dlatego, że dla większości pracowników po prostu nie ma innego wyjścia.

Awans społeczny

PRL nabór do świeżo wybudowanych fabryk organizował często w środowiskach wiejskich, a gdy produkcja i zatrudnienie nabierały tempa otwierano przyzakładowe placówki edukacyjne. Rozwijało się także szkolnictwo zawodowe, które stwarzało możliwość awansu najniżej usytuowanym na drabinie społecznej. Dziś trend jest dokładnie odwrotny, ale nie w tym tkwi sendo sprawy. Społeczeństwo w swej masie — w okresie PRL — doświadczało realnego awansu społecznego i rozwoju. Oczekiwania przeciętnego pracownika rosły, a jego świadomość i wiedza były coraz bogatsze.

Rosnące nadzieje łatwiej zawieść, ale i łatwiej stawać w ich obronie. W obronie lepszej przyszłości, a nie — jak ma to miejsce teraz — w obronie przyszłości fatalnej, by nie była jeszcze gorsza. Dzisiaj związki zawodowe prowadzą walkę w oblężonej twierdzy. Niektórzy negocjują, niektórzy strajkują czy manifestują, a większość i tak modli się (“Solidarność” organizuje nawet pielgrzymki), by udało się powstrzymać pogorszenie warunków.  Powstanie “Solidarności” na początku lat `80 było zaś zupełnie nowym otwarciem. Społeczeństwo dostrzegło w tym ruchu szanse na wymuszenie na rządzących poważnych zmian — wystarczy spojrzeć na treść przywoływanych ostatnio często 21 postulatów. To była przecież tylko podstawa, fundament, ale traktowana jako zapowiedź cywilizacyjnej zmiany. Nikomu niestety nie przyszło do głowy, że jej jakość — blisko dziesięć lat później — będzie zupełnie odmienna od oczekiwanej. Dziś 21 postulatów — po 20 latach transformacji — przepoczwarzyło się z minimum-minimorum w program maksimum, w którego spełnienie nikt prawie nie wierzy.

Uczciwość

Dziś wieszać psy na związkach zawodowych jest już nawet nie tyle łatwo, co wręcz modnie. Salonowe aspiracje każdego działaczyka III, IV czy Najjaśniejszej RP muszą być wsparte — by były wiarygodne — jakimś antyzwiązkowym elementem. Niemniej nie może to oznaczać, że sprzyjająca ruchowi pracowniczemu lewica i sami związkowcy mają zamknąć usta, tudzież wyłącznie chwalić swoje organizacje. Tymczasem tak właśnie wyglądają obchody trzydziestolecia NSZZ “Solidarność” — jesteśmy wspaniali, jesteśmy wielcy, gdyby nie my ZSRR istniał by do dziś, dokonaliśmy wielkich rzeczy, tylko komuna, postkomuna i Tusk (ew. liberałowie) nas oszukali.

Pierwsza “Solidarność” była uczciwa — to także przyciągało ludzi; zaś paradno-festiwalowe obchody to benefis hipokrytów, którzy na gruzach stoczni, kopalń i całego przemysłu, na społecznej ruinie fetują swoje wielkie osiągnięcia.

Inny model

Jeżeli związki zawodowe chcą istnieć muszą odejść od modelu relacji ze społeczeństwem, który uprawia establishment. Powinny otwarcie i zupełnie bez zażenowania przedstawiać problemy z jakimi się borykają — bez dialogu pomiędzy kierownictwem, członkostwem i pracownikami, których chcemy dopiero uzwiązkowić, nie ma szans na skuteczne rozwiązania. Jeżeli jesteśmy w defensywie — przyznajmy się do tego, a nie udawajmy, że nasza historia i teraźniejszość to pasmo sukcesów. Uzwiązkowienie systematycznie spada, nie mamy swojej reprezentacji politycznej, wołamy o dialog społeczny podczas gdy rząd i pracodawcy dawno już się z tej instytucji wycofali i nie mają zamiaru do niej powrócić… Ludzie to widzą. Jeżeli — zamiast publicznie dyskutować o tych kwestiach — będziemy urządzali uroczyste jubileusze nikogo do siebie nie przekonamy.

No Comments