O kłykcinach Bushke-Levensteina tysiąc lat temu…


Czytanie zaangażownych tekstów sprzed dziesięciu lat sprawia bardzo szczególny rodzaj satysfakcji… :]

Dziubre

—— Wiadomość oryginalna ——
Temat: Re: Słów mi brak
Data: Sat, 23 Mar 2002 17:15:14 +0100
Nadawca: Konstanty
Odpowiedź-Do: Konstanty
Adresat: A L I E N

Witamy serdecznie!

Cieszymy się, że dotarł do Ciebie nasz biuletyn. Nie wiemy dokładnie którego kolegę masz na myśli, ale bardzo nam miło. Jesteśmy Ci również wdzięczni za to, że wysiliłeś się na krytyczny komentarz. Jeśli pozwolisz – przedstawimy Ci naszą z nim polemikę.

To bardzo dobrze, że wszędzie będziesz “tępić głupotę i populizm, gdziekolwiek się na nie natkniesz”. Obawiamy się jednak, że tego rodzaju działanie nie znajduje szerszego zastosowania wobec naszej publikacji.

Pierwsza sprawa. Nie bardzo wiemy o co dokładnie chodzi Ci w zacytowanym przez Ciebie fragmencie opublikowanego przez nas artykułu o globalizacji:
“Rozwiązaniem jest natychmiastowe wprowadzenie radykalnych demokratycznych mechanizmów, na których będzie opierała się światowa produkcja, dystrybucja oraz redystrybucja dóbr oraz kapitału”.

W tym zdaniu ani razu nie zostało zawarte sformułowanie “środki produkcji”, które tak bardzo Cię poruszyło. Nie wiemy zatem jak odnieść się do Twojej krytyki. Wnosimy zatem, że sprawiło Ci to pewnien dyskomfort leksykalny. Ubolewamy z tego powodu, jednakowoż język polski i nomenklatura naukowa nie zawsze pozwalają na sformułowanie pewnych konceptów w sposób przystępny dla każdego. My również nie lubimy pewnych sformułowań. Szczególnie mierzi nas “komornica błotna” oraz “przetacznik kłoskowy”. Do szału doprowadza nas również, gdy słyszymy o “kłykcinach Bushke-Levensteina”. Jednak to, co denerwuje nas najbardziej i od czego dostajemy prawdziwego ataku furii, to słuchanie, czytanie, bądź też recepcja w jakikolwiek inny sposób następującego terminu: “syntaza 5′fosforybozyloaminoimidazolobursztynylokarboksyaminowa”. Niestety – terminologia naukowa rządzi się swoimi własnymi prawami i ciężko nam na to wpłynąć. Z resztą to tylko słowa. Mogą one budzić pewnie estetyczny niesmak, niemniej istotna jest treść – nie forma. Musimy przyznać jednak, że termin ten (środki produkcji) robi dziś zawrotną karierę we wszelkiego rodzaju publikacjach w stylu “The Economist” lub “The Financial Times” pod pseudonimem: “kapitałowe zasoby produkcyjne”. I w tym wypadku mamy rzeczywiście do czynienia z nowomową. Jeżeli za pewną podstawę przyjmiemy analizę historyczną, to termin “środki produkcji” powstał w 1848 roku. Natomiast Defajnanszjaltajmsowa minihybryda leksykalno-wyrazowa, zrodziła się w tęgich mózgach redaktorów takich pism całkiem niedawno i jest efektem zażenowania oraz wstydu. Otóż panowie ci byli zbyt zawstydzeni, by przyznać lewicowej filozofii rację, w związku z czym próbują opisywać rzeczywistość w ten sam sposób, tylko że za pomocą takich oto dziwactw. I tak oto Karol Marks – którego nawiasem mówiąc posądzasz o herezje, ale o tym za chwilę – rozpisywał sie o burżuazji, imperializmie, proletariacie i rzeczonych środkach produkcji. Dziś The Wall Street Journal publikuje orgazmastyczne teksty na temat “prywatnych inwestorów” i “przedsiębiorców”, “ekspansjonizmu ekonomicznego”, “siły roboczej” i “kapitałowych zasobów produkcyjnych”. Nie bardzo rozumiemy zatem jaką to merytoryczną różnicę dostrzegasz między tymi dwoma sposobami artykułowania tych samych rzeczy. Stoimy na stanowisku, że wszelkiego rodzaju język smrodliwej propagandy – niezależnie czy to kretyńskiej nowomowy lat czterdziestych i pięćdziesiątych czy też jej nowoczesnej wersji rodem z Wall Street – jest niewskazany. Dlatego też pozwoliliśmy sobie sięgnąć do źródeł. “Środki produkcji” to termin zaczerpnięty z samego samiuteńkiego źródła i powszechnie stosowany przez lewicowych ekonomistów na całym świecie. Jeśli chodzi o terminologię maoistowską, to niestety – albo stety… – nie jesteśmy z nią w ogóle zaznajomieni i nie pałamy też chęcią zaczytywania sie po uszy w setkach tomów dzieł Mao Tse Tunga, który w naszym głębokim przekonaniu był tylko zbrodniarzem, mordercą i szmatławym chłopskim bonapartystą ;-).

Poza tym chcielibyśmy nadmienić, że tekst o globalizacji, który przeczytałeś w pierwszym numerze naszego biuletynu, nie jest naszego autorstwa. Został on skonstruowany przez hiszpański zwiazek studencki Sindicato de Estudiantes, który nie jest ekspozyturą światowej bolszewii lecz masową i tradycyjną organizacją studencko-uczniowską – największa tego typu w Hiszpanii, bo liczącą aż 20 tysięcy członków.

W dalszych słowach Twego listu wspominasz o “herezjach Marksa i Engelsa”. Otóż wydaje nam się, że w tok Twego rozumowania wkradł się pewien błąd logiczny. Cytujemy za Słownikiem Wyrazów Obcych PWN pod redakcją naukową prof. dr. Jana Tokarskiego: “Herezja – ; pogląd religijny sprzeczny z dogmatami religii panującej”. Spieszymy zawiadomić, że według informacji nam dostępnych Karol Marks nie wyznawał żadnej religii, w związku z czym jego wypowiedzi w żaden sposób nie mogą zostać zakwalifikowane jako herezje. Jeśli natomiast chodziło Ci o “odstępstwo od poglądów powszechnie przyjętych i wprowadzanie czegoś nowego”, to podług tegoż samego słownika jest to fragment definicji pojęcia “innowacja”. Zarówno Marks jak i Engels byli zatem nie heretykami lecz innowatorami. Do dzisiaj z resztą takowymi pozostają.

Teraz odniesiemy się do problemu p. Gatesa. To, co napisałeś trudno w zasadzie odnieść do artykułu z naszego biuletynu. Napisane jest tam jak byk, że absurdem jest rażąca dysproporcja. Dziwi nas trochę Twoja reakcja. Jeżeli masz do wyboru pomoc chorym, głodnym i umierającym z jednej strony i napychanie kabzy do rozdętych już i tak kieszeni jakiegoś pajaca, który wcale tych pieniędzy nie zarobił (ale o tym za moment) – to co dla Ciebie stanowi większą wartość? Jeżeli zdecydujesz się na to pierwsze, to wykażesz zrozumienie, humanitaryzm i ludzki odruch, a także możesz uratować komuś życie. Natomiast jeżeli zdecydujesz się na to drugie, to doprowadzisz do sytuacji, że Gates kupi sobie 43 Rollce Royca , a w Iraku kolejne niemowle umrze z niedożywienia. Jeśli standardem jest opcja nr 2 to znaczy, że coś jest nie tak i należy to zmienić.

Inna sprawa to “zarobki” Gatesa. Po pierwsze – ten koleś nie zarobił żadnych pieniędzy w powszechnym rozumieniu tego słowa. Według wolnorynkowych norm zarabia się wtedy, gdy na rynek trafia jakiś produkt i zyski z jego sprzedaży wpływają do kieszeni producenta, względnie pośrednika i producenta. Wolny rynek ma to do siebie, że jest zjawiskiem pełnym sprzeczności – ale nie czas i miejsce na rozwodzenie się o tym tutaj (jak chcesz to o tym też możemy pogadać). Niemniej według teori rynek ma samoistnie i samoczynnie wytwarzać odpowiednie mechanizmy regulacyjne, które są determinowane poprzez podaż i popyt. Od rynku zależy, czy produkt sie sprzedaje, czy sie nie sprzedaje, to rynek ustala ceny i rozsiewa po całej planecie powszechną szczęśliwość. Natomiast w wypadku pana G. i jego smrodliwej firemki mamy do czynienia z inną sytuacją. Koleś wali na rynek wątpliwej jakości software, bezczelnie zawyża ceny (tak jak by mu mało było tych 42 Rollce Royców), stosuje zakazane monopolistyczne praktyki, a prawo i sądy amerykańskie ma między zwieraczami, bo wpakował tyle pieniędzy w Bu$ha i partie republikańską, że choćby zgwałcił koczkodana saharyjskiego w nowojorskim zoo, to i tak palcem by go nikt nie tknął. Jest zatem tak, że ceny reguluje nie rynek a Gates, w związku z czym te pieniądze są nie tyle zarobione, co ukradzione. Z drugiej strony pan G. jest poważnie zdziwiony rozwojem piractwa. Mamy nadzieję, że Ty nie jesteś tym zaskoczony.

A wszystko bierze się stąd, że Gates ma za dużo pieniędzy. Gdyby miał ich mniej – nie mógłby sobie pozwolić na praktyki tego rodzaju i nie byłoby problemu. Ty byś miał w domu legalnego Windowsa albo dowolny inny system operacyjny, który by Ci odpowiadał – i bawiłbyś się dowoli. Z resztą my tez byśmy bardzo chcieli mieć ładną płytkę w opakowaniu z setką połyskujących hologramów, ale niestety zmuszeni jesteśmy korzystać z usług znanej wszystkim dobrze firmy – Stadion & Co. Kolejną rzeczą jest kwestia odebrania panu G. jego mająteczq. Otóż przyznać musimy uczciwie, że coś w tym jest: obawiamy się bowiem, że pan. G. sam tych pieniędzy nie odda. W takim układzie nie widzimy innej możliwości, jak tylko mu je zabrać. Jeżeli masz jakikolwiek inny pomysł, to chętnie o nim usłyszymy. Ale póki co nikt od 150 lat niczego lepszego nie wymyślił w tej materii. A w ogóle to najlepiej by było, gdyby Microsoftem rządzili ludzie, którzy tam pracują w porozumieniu z klientami. A to dlatego, że wówczas decydującym czynnikiem jeśli chodzi o jakąkolwiek produkcję byłaby przydatność softwaru, a nie jakieś dziwne manipulacje, dzięki którym pana G. stać będzię na tyle Rollce Royców (które nota bene do niczego nie są mu potrzebne).

A teraz o sednie sprawy, czyli o globalizacji. Autorzy tekstu, co z resztą dobitnie wynika z jego treści, nie są przeciwnikami globalizacji. Z resztą większość protestujących, okrzykniętych “antyglobalistami” przeciwko tejże wcale nie protestuje. Nawet co bardziej progresywne media zaczęły określać ich jako antykapitalistów. Fakt faktem, że w polskich mediach najbardziej głośne są sceny palenia samochodów i rzucania kamieniami w policje. Otóż autorzy tego tekstu nie uważają tego rodzaju metod za słuszne. Wręcz przeciwnie – uważają oni (podobnie jak my) tego rodzaju działania, za błędne i szkodliwe. Szkodliwe, gdyż tworzy to pretekst do tego, by władze oficjalnie represjonowały cały ruch społeczny, a poza tym odwraca uwagę oglądających takie TVNy od tego, co chce wyrazić pozostałe 99% pokojowo protestujących. Błędne, dlatego że (przepraszamy za egzaltację) państwa burżuazyjnego nie da się pokonać takimi metodami. Z resztą za pomocą takich demonstracji i kontrolnych napierdalanek z policją – nie da się obalić kapitalizmu. Takie rzeczy robi sie zupełnie inaczej. W plastycznym skrócie ujmijmy to tak. Kolega Zdzicho z Krzychem, Heńkiem, Stachem, Mietkiem i innymi pracują w firmie A. Pewnego dnia denerwują się, bo szef rozbija się po mieście Mazdą i nosi drogie garnitury, a im płaci tyle że na utrzymanie kota wystarczy. Wówczas wysadzają swojego szefa ze stołka i przejmują kontrolę nad tym przedsiębiorstwem. O!

Wspomniałeś coś na temat idiotów, marnujących Twoje pieniądze. Widzisz, problem jest dużo szerszy. Oni marnują bowiem nie tylko Twoje pieniądze, ale również i innych, a najczęściej tych najbiedniejszych bo oni są zupełnie bezbronni. O tych ludzi też trzeba się zatroszczyć. Poza tym ci idioci marnują nie tylko pieniądze, ale również czas, pracę i wszelki wysiłek ludzi. Jednocześnie nie przypominamy sobie, aby którakolwiek elita składała się z “nie-idiotów”. Liczenie na to, że kiedykolwiek i jakikolwiek rząd, który będzie marionetką w rękach międzynarodowych instytucji finansowych i różnych takich Gatesów albo jeszcze innych złodzieji i bandytów, stanie po Twojej stronie jest, eufemizując, niedorzecznością. Trzeba ich wszystkich od władzy odsunąć i wkroczyć na drogę radykalnego demokratyzmu.

Chcielibyśmy również odnieść się do tego, oczym – jak napisałeś – nie chciałeś pisać. Po pierwsze, to niczego nowego nie wymyśliłeś: Murzyn wykorzystuje Murzyna, biały wykorzystuje białego, a najczęściej biały wykorzystuje Murzyna. Tak to już jest w tym systemie… Po drugie – autor tekstu nie jest frajerem i wcale nie ma zamiaru wysyłać zarządcy kopalnii diamentów pomocy humanitarnej. Chce ją wysłać tym, którzy jej potrzebują i chce, aby jej dystrybucja odbywała się pod kontrolą samych zainteresowanych i metodami demokratycznymi.

Na sam koniec jeszcze raz stwierdziłeś, że styl w jakim artykuł jest napisany powoduje u Ciebie jakiś bliżej nieokreślony dyskomfort psychiczny. Nie bardzo wiemy co ma znaczyć przywołany przez Ciebie aforyzm. W tekście nie było nic ani o broni jądrowej ani o komunizmie. O ile skłonni bylibyśmy się zgodzić, że broń jądrowa to zaiste wynalazek wielkiej szkodliwości, o tyle komunizm to “bezklasowy ustrój społeczny, wyższe stadium społeczeństwa charakteryzujące się takim stopniem rozwoju sił wytwórczych, że dzięki obfitości produkowanych dóbr możliwe staje się zastosowanie zasady: ‘każdy pracuje według swoich możliwości o trzymuje według potrzeb’, oraz cechujące się dojrzałością stosunków społecznych opartych na zasadach równości społecznej i aktywnego współuczestnictwa obywateli w rządzeniu społeczeństwem” (podane za tym samym Słownikiem Wyrazów Obcych). Cóż w tym złego? Z resztą skąd autor metafory może wiedzieć, czy komunizm jest zły czy dobry, skoro nigdzie on jeszcze nie zafunkcjonował? Najprawdopodobniej autor-aforysta odnosi się do totalitarnego ZSRR, które rzeczywistości w żadnej mierze nie można uznać za socjalistyczną, o komunistycznej nawet nie wspominając. To kolejny temat-rzeka – oczywiście jeśli zechcesz, możemy to omówić w szczegółach.

Oczywiście mail Twój oraz naszą odpowiedź na niego zamieścimy na naszej stronie. Stanie się to z pewnością przy okazji najbliższej aktualizacji naszej strony, do której odwiedzenia serdecznie zapraszamy.

Pozdrawiamy
Redakcja biuletynu Z_LEV@

P.S.: Z Twojego listu nie bardzo wynika czy chcesz otrzymywać ten biuletyn w przyszłości, czy też nie. Nie chcielibyśmy abyś potraktował nas jako spamerów.

  1. No comments yet.
(will not be published)