Archive for category Dziubre & Olosz Sp. z o.o.

Kati, kati, bełti…

Kim był ostatni wykonawca wyroków śmierci – czyli mówiąc normalnym językiem po prostu kat – w Polsce? Czy inteligentnym, zdolnym do refleksji moralnej, lecz mimo to przekonanym o słuszności tego, co robi człowiekiem – jak wynikałoby z wydanej w 1996 r. książki Jerzego Andrzejczaka „Spowiedź polskiego kata” – czy może raczej nieumiejącym sklecić trzech poprawnych zdań prymitywem, jak wskazywałby opublikowany w 2004 r. na łamach „Rzeczypospolitej” artykuł Wojciecha Knapa „Ani sznura, ani szczęścia”? Nie wiadomo – wydaje się jednak, że istnieją poważne powody, by przypuszczać, że to właśnie ta druga wizja polskiego „egzekutora sprawiedliwości” odpowiada prawdzie.

To fakt, że Wojciech Knap nie znał kata (a właściwie katów – bo jak wynika z jego tekstu, wykonawców kary śmierci było dwóch – zob. też opublikowaną w “Gazecie Wyborczej” z 13.11.2007 r. rozmowę Mikołaja Lizuta z Andrzejem Rzeplińskim „Dwóch zawodowych katów”) osobiście. Będąc jednak pracownikiem Centralnego Zarządu Służby Więziennej i prezesem warszawskiego koła Polskiego Towarzystwa Penitencjarnego Knap według wszelkiego prawdopodobieństwa spotykał się z ludźmi, którzy z katem mieli bezpośredni kontakt. Czy z katem zetknął się bezpośrednio i rozmawiał Jerzy Andrzejczak? Nie da się oczywiście bezpośrednio udowodnić, że nie. Jednak pewne informacje rzucają pośrednie wprawdzie, ale mimo to dosyć jasne światło na kwestię rzeczywistego prawdopodobieństwa spotkania Andrzejczaka z katem. Pomijając to, co w swym artykule napisał Wojciech Knap: znany publicysta prawny Stanisław Podemski pisał w jednym z rozdziałów swego znakomitego poniekąd „Pitawalu Peerelu”, że usiłował dotrzeć do katów i porozmawiać z nimi. W jednym przypadku spotkanie takie okazało się fizycznie niemożliwe, bo kat już nie żył, wszelkie próby nawiązania kontaktu z drugim katem spełzły na niczym. Read the rest of this entry »

, , , , , , , , , , , , , , ,

No Comments

He also befriends many of his fellow travellers…

Венедикт Васильевич Ерофеев

Венедикт Васильевич Ерофеев

‘Moscow-Petushki’, also published as ‘Moscow to the End of the Line’, ‘Moscow Stations’, and ‘Moscow Circles’, is a pseudo-autobiographical postmodernist prose poem by Russian writer and satirist Venedikt Erofeev. Written between 1969 and 1970 and passed around in the underground, it was first published in 1973 in Israel and later, in 1977, in Paris. It was published in the Soviet Union only in 1989, during the ‘perestroika’.

The story follows an alcoholic intellectual, Venya (or Venichka), as he travels by a suburban train on a 125 km (78 mi) journey from Moscow to visit his beautiful beloved and child in Petushki, a city that is described by the narrator in almost utopian terms.

At the open of the story, he has just been fired from his job as foreman of a telephone cable-laying crew for drawing charts of the amount of alcohol he and his colleagues were consuming over time. These graphs showed clear correlation with personal characters. For example, for a Komsomol member, the graph is like the Kremlin Wall, that of a “shagged-out old creep” is like “a breeze on the river Kama,” and Venya’s chart simply shows his inability to draw a straight line because of the amount he has drunk. Venichka spends the last of his money on liquor and food for the road.

While on the train, he engages in lengthy monologues about history, philosophy, and politics. He also befriends many of his fellow travellers and discusses life in the USSR with them over multiple bottles of alcohol.

The book is often seen as a critique on Soviet Russia and the restrictive lifestyles most Russians were forced to lead in Stalinist and post-Stalinist Russia. Erofeev saw this as symbolic of the state of the Soviet Union during the 1960s and 1970s.

For isn’t the life of man a momentary booziness of the soul? And an eclipse of the soul as well? We are all as if drunk, only everybody in hisown way; one person has drunk more, the next less. And it works differently on each: the one laughs in the face of this world, while the next cries on its bosom. One has alrady thrown up and feels better, while the next is only starting to feel like throwing up. But me, what am I? I’ve partaken of much, but nothing works on me. I haven’t really laughed properly, even once, and I’ve never thrown up, even once.

, , , , , , , , , , , , , , , ,

No Comments

Wspomnij marudzenie z morałem

Pierwszy raz mi się zdarzyło zasiąść przed dziubre.com i zastanawiać się nad treścią wpisu. Nie dlatego, że nie staje tematów… Nie, nie. Chodzi raczej o kwestię priorytetyzacji niektórych z nich, a i — przy tej okazji — reorganizacji własnej ścieżki codziennej refleksji. To taka forma higieny psychicznej. Większość Polaków i Polek za higieniczną psychikę uważa taką, która cyklicznie popada w depresję i to demonstruje po czym szybko zapomina o ewentualnych przyczynach jej wystąpienia i gromadzi w ten sposób materiał do następnej eksplozji. Na szczęście — jak mawia Jerzy Urban — ja pochodzę od innej małpy.

U mnie chodzi raczej o przywracanie poczucia proporcji poprzez cykliczne oglądanie się przez ramię… Nauczyli mnie tego — i paru innych pozytywnych rzeczy — w IMT. Potem mnie stamtąd praktycznie wyrzucili, ale to inna historia (choć dużo ciekawsze od tej, którą mam do powiedzenia teraz). Jednym z elementów owego spoglądania przez ramię jest badanie dotyczące tego na ile uległem — poza moją chęcią i wolą — trendom sponsorowanym intelektualnie i kulturowo przez panującą obecnie ideologię, tudzież jej odpryski. Ważną kwestią jest np. marudzenie. Polacy to naród obdarzony wyjątkową zdolnością w tym zakresie. Sposobów, metod, strategii i taktyk marudzenia jest tu więcej niż przekleństw w języku serbskim… No, właśnie… Ileż to można marudzić. Na ogół człowiek żali się wiedziony jakimiś oklepanymi dykteryjkami typu “jak się wygadasz będzie Ci lepiej” i temu podobne. I nawet jeśli narzeka na polską kulturę społecznych interakcji, to — po jakimś czasie — może obudzić się z ręką w nocniku, bo sam odkryje, iż potrafi ona podstępem formować nawet krytycznie myślących. Chciałem zatem napisać o czymś co mnie nie denerwuje, nie drażni, nie mierzi, nie brzydzi, nie obraża… Niestety, rzeczywistość nie daje mi po temu zbyt wielkich szans… Ale co tam. Ja się temu podstępowi nie dam i pokażę, że jakiś tam — nieduży, bo nieduży — fragment rzeczywistości wokół siebie jednostka kontrolować może (jeśli ma co jeść, dach nad głową i środki zapewniające przeżycie ponad granicą przetrwania biologicznego).

Pomyślałem, że napiszę o wspomnieniach. Istnieje bowiem w Polsce filozoficzny spór (piszę, że w Polsce, bo w Bułgarii, Szwecji, Serbii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Grecji, Rumunii, Wielkiej Brytanii, Finlandii, RFN i na Ukrainie się z tym nie spotkałem) o to czy wspominać warto czy nie. Jest to spór idiotyczny, jak większość tego rodzaju “dylematów ludzkości”. Człowiek współczesny rzadko ma czas, nie mówiąc już o ochocie, rozpamiętywać swoją historię. Jest za to losowi niejednokrotnie wdzięczny gdyż zdaje sobie sprawę, iż rzetelna retrospektywa mogłaby doprowadzić go do wniosków, przed którymi bardzo się broni… Wspomnienia, jeżeli się w ogóle pojawiają, to albo przychodzą same, albo wymusza je sytuacja (np.: pogrzeb). Wtedy większość ludzi czuje się dość osłabiona, bo nie bardzo wie jak reagować. Często reakcje te są bardzo emocjonalne, wybuchowe, kompulsywne, co jest wynikiem ciągłej wojny ze wspomnieniami czy raczej przeciwko wspomnieniom. Dodatkowo w Polsce szczuje się naturalne odruchy ludzkiej świadomości takimi oto “naukowymi” sformułowaniami: “wspominanie starych czasów to jak ich zabijanie”… No, innych perełek w tej chwili akurat nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę to dopiszę w komentarzach.

Raczej jasnym jest dla każdej myślącej osoby, iż powyższe stwierdzenie to kompletna bzdura. Nurtuje mnie tylko trochę motyw do wytworzenia i pielęgnacji takiego idiotyzmu. Komu wszak mogłyby przeszkadzać dziś wspomnienia? Poniekąd wpisywałoby się to dobrze w najważniejszy element polskiej masowej ideologii — kontinuum nieszczęścia. Gdyby tak ludzi wytresować w zakresie skutecznego gospodarowania wspomnieniami mogliby zupełnie swobodnie używać ich przeciw sobie i zadawać sobie nowe cierpienia lub podkarmiać te już wyhodowane. Co ciekawe, paradygmat antywspomnieniowy jest dość silnie zakorzeniony w społeczeństwie. Ostatnio zademonstrował mi go nawet WF. Nie potrafił wprawdzie jakoś obiektywnie uzasadnić swojej negatywnej wobec wspomnień postawy, ale była ona bardzo stanowcza. Przyznaję uczciwie — nic z tego nie rozumiem.

Ja wspominać uwielbiam i robię to bardzo często, praktycznie codziennie. Śmieję się przy tym lub wzruszam, łzawię bądź się ślinię, upadam na duchu bądź wznoszę sztandar… Wspomnienia przywołać może praktycznie wszystko, a ja płynnie takim przywołaniom ulegam. No, chyba, że okoliczności wymagają ode mnie innego zachowania. Ale to właśnie jest klucz do jakiejś kontroli swojej świadomości. Jeżeli wspominasz, jeżeli nie umywasz rąk od własnej przeszłości, to możesz regulować swój do tejże przeszłości dystans (oczywiście chodzi o dystans emocjonalny) — czasem jej ulegniesz, czasem ją przegonisz, ale — co chyba najważniejsze — zawsze możesz do niej powrócić, by czerpać ze swoich własnych doświadczeń! Człowiek, w sensie psychologicznym i społecznym (och, jakby mi tu zaraz niektórzy o biologii zaczęli pierdolić), jest wyłącznie swoją przeszłością. Tylko przeszłość może warunkować nasze reakcje w czasie rzeczywistym, nieprawdaż?

Poza tym wspomnieniami człowiek wykracza trochę poza swoją — absolutnie niekwestionowaną — społeczną “istotowość”. Bo to dzięki intensywnej relacji z własną przeszłością można np. uzyskać ciekawe skojarzenia z różnymi sytuacjami, zapachami, widokami czy nawet przedmiotami… A to fajne jest :] No i słuchajcie, jeśli dzięki wspomnieniom (w przeważającej części niemiłym) można pokochać nawet Warszawę…

I jeszcze tak sobie pomyślałem… Jakże pusta byłaby moja teraźniejszość bez wspomnień o torbach, Mietku Bogucie, solóweczkach, SieczkoPolo, depoterach czy Wielkiej Serbii… :]

No Comments

Powroty II

Kiedyś napisałem taki – niezachwycający zgoła – felieton pt. „Powroty”. Jego treść stanowił przerysowany nieco opis kilku najlepiej zapamiętanych wrażeń z pociągu relacji Budapeszt-Warszawa po przekroczeniu polskiej granicy. Nie pamiętam dokładnie jakie to irytujące zjawiska wtedy opisywałem, ale chodziło o sprawy codzienne. Pamiętam, że jak czytałem to po kilku latach trafiwszy na przypadkiem na zawierający ów tekst nr „NTP” stwierdziłem, że to przesada i że tekst ten ujawnia moje anytpolskie nastawienie i że w sumie jak się w Polsce mieszka – a doprawdy nie ma takiego przymusu – to nie ma po co tak tym antypolonizmem epatować, bo jest to w pewnym stopniu nieeleganckie.

Od czasu tej refleksji zaniechałem publicznych komentarzy dotyczących jakichś przypadkowych nieprzyjaznych przeżyć przy okazji powrotów do Polski. Choć, nie da się ukryć, człowiek myślący krytycznie z pewnością odczuwa zdenerwowanie gdy powracając nawet z kraju, którego nie lubi, ale którego mieszkańców język rozumie i umiejętności tej używa do czytania tamtejszej prasy, bierze do rąk „Gazetę Wyborczą” lub „DGP”, albo – nie daj boże — „Rzeczpospolitą”.

Tym razem jednak rzeczywistość nie pozostawiła mi wyboru. Nawet WF – uprawiający na co dzień nieprzesadnie uzasadnioną krytykę blogowania – stwierdził, iż zetknęliśmy z okolicznościami na tyle obleśnymi, że warte jest to odnotowania nawet w takiej formule. Oczywiście nie ze względu na poziom obleśności, ale na pewien symboliczny charakter.

Wsiądwszy (wsiąwszy?) do EC 41 (albo 43) o godzinie szóstej nad ranem do polskiego pociągu na dworcu Berlin Hbf udaliśmy natychmiast do wgonu WARS. Nie po piwo (zazwyczaj się człowiek na to rzuca, bo w uWARSowionych składach jeżdżących wyłącznie po Polsce nie można pić alkoholu) tylko na śniadanie. Było smaczne, nie można powiedzieć… Dialog kelnerów, który przypadkiem zasłyszałem, natychmiast uświadomił mi, iż znajduję się na “wrogim” terytorium. Jeden z nich wyrażał swoją dezaprobatę dla związków partnerskich oraz definiował poziom swojego krytycznego spojrzenia na możliwość adopcji dzieci przez pary jednej płci. Szczęśliwie nie słyszałem jak to argumentował. Nie komentowałem tego jednak i nie miałem zamiaru o tym w ogóle wspominać, ale potraktowałem to jako symboliczne przywitanie na polskim gruncie. Okazało się jednak, że czekało nas coś znacznie bardziej dotkliwego.

Nasz przedział był pusty, radość była niebywała, ale trwała dość krótko – do momentu, w którym spostrzegłem czyjąś torbę. Właścicielką torby okazała się utleniona dwudziestoczterolatka ubrana w dres. Gdy weszła do przedziału usłyszałem co następuje [zapis fonetyczny dokładnie odpowiada wymowie]: „Oj, szit, iś dahte iś habe majne tasze ferlołren”. Wypowiedź ta potwierdziła moje obawy (podejrzenie zrodziła ogólna aparycja) – Polnish. Odpowiedziałem na kilka zaczepno-towarzyskich pytań starając się wykrzesać z siebie akcent możliwie najbardziej zbliżony do Hoch Deutsch licząc na to, że zostanę potraktowany jako niewłaściwy partner do rozmowy. Niestety, ogólne niewyspanie spowodowało, iż się zdradziłem ze swoją polskością gdyż wypsnęło mi się, że mieszkam w Warszawie. Ja i WF musieliśmy niestety wysłuchać mnóstwa bezmyślnictw, których nie będę tu przytaczał, bo ta pani wzbudziła we mnie odruch litości, którego na ogół wobec dorosłych nie odczuwam. Niestety, to tylko element dekoracyjny.

Prawdziwa tragedia zaczęła się w Rzepinie gdzie dosiadło się do nas trzech typów bardzo osobliwych. Zajmowali się głównie odmianą przez przypadki/osoby słów „kurwa” i „chuj”, ale robili błędy i nie byli zbyt kreatywni (szli raczej na ilość niż na jakość). Ubrani byli jak najniższej rangi żołnierze bułgarskiej mafii, rekrutujący się ze wsi, a „zatrudnieni” w małym miasteczku. Targali ze sobą jakiś wór, który wstawili pod siedzenia w przedziale. Potem rozsiedli się i zaczęli rozmowę posługując się wiadomym wokabularzem. Wszyscy balansowali na cienkiej linii pomiędzy pijańską zwałką a kacem gigantem. Mieli wahania nastroju – bywali to bardzo wesel,i to agresywni. W sumie nic takiego, bo lumperii na całym świecie ile chcesz, ale to było coś wyjątkowego. Było to o wiele bardziej żałosne niż zwykła menalżeria. Nie wiem jak to opisać, ale to nie tylko moje wrażenie. WF też tak uważa, a ta kobieta, BTW – nazywa się Jessica (tak ma w dowodzie, widziałem!) — powiedziała – cytuję — „u mnie w Poznaniu, to może na dwóch dzielniach taki element to jest, kurwa, kurwa, kurwa (…) ja pierdolę”. Więc… Także tego… To naprawdę było coś. I to tak naprawdę WF stwierdził, że to było takie symboliczne przekroczenie granicy… I zaśpiewał:

…cham lub bohater,
polska poranna,
alternatywa.

I choć nie jest to nic ważnego opisałem to, bo chcę powrócić do sprawności.
To nA rAzie…

No Comments

How can I drink all the bottles from inside my bag?

Jest to dzień banalny. Taki dzień, poza wszystkimi banałami charakteryzuje niewielka ilość refleksji z pogranicza ironii i rzeczywistego zrozumienia dot. zjawisk zupełnie nieważnych. Jednym z takich zjawisk jest pewna osoba, którą w pierwszym mentalnym odruchu, do głowy przyszło mi nazwać Kwiat Lotosu. Wiem, że to bardzo głupie, ale nie muszę jakoś zastępować prawdziwe nazwiska, tudzież pseudonimy, bo inaczej spotkać by mnie mogło wiele przykrości. Nie żebym miał jakiś problem z przykrościami ogólnie, ale w tej chwili mam naprawdę za dużo roboty, żeby sobie jeszcze tak niepotrzebnej dokładać. A i nie będę godzinami myślał nad jakimiś etykietkami, bo nie mam na to czasu…

Kwiat Lotosu charakteryzuje nader rozwinięty zmysł pseudoanalityczny i to nas łączy. Ciągłe rozmyślanie o pierdołach, o zupełnych pierdołach oraz o pierdołach ostatecznych. Wszystkie te kategorie służą określaniu tego jak bardzo nieistotna dla nikogo i niczego poza zakątkiem beznadziei, który pielęgnuje każdy, nawet inteligenty, umysł, są kwestie, które stają się przedmiotem takiej “analizy”. Oczywiście, ja prowadzę ją w sposóbHmm… Dochodzący, by tak rzec. Jak stoję w korku w autobusie np. A jak robię coś poważnego to oczywiście nie (to nas różni). Różni nas także to, że ja nie zawracam tymi bzdurami innym głowy… Chyba, że ktoś czyta to gówno… No, ale to już nie moja wina. Tylko jest jeszcze jedno podobieństwo — jak ja mam to wszystko pokazać, powiedzieć… Kiedy? Po co? :) Heh :)

No Comments

Jak wygląda sytuacja w IMT

Niełatwo to opisać… A jednak… Niektórym się udaje :] Szybko, oględnie, konkretnie, zrozumiale i czytelnie :] Gratulacje Heiko!

They will always pull rabits out of hats when they are in a tight situation.

If they are under justified attack and are partly exposed and people doubt them, they claim they are being attacked by the police and the state.
If they need to consolidate members, a revolution breaks out in Kyrgyzstan, or somewhere else, and if need be they will send someone there as an observer who probably takes a temporary “leading role” as an eyewitness to the revolution.

If they have problems still, they send Alan to speak somewhere obscure, it could be with Chavez, with someone famous in Cuba, with Trotsky’s grandson, on Pakistani TV, or something like that.

And Jorge has the hit the nail on the head, it is impossible to reform the IMT, that is completely correct, they will split any group they lose control of and refuse to hand over power even if they lose the votes. They believe they are the subjective factor within the subjective factor, so any attempt to change them is an objective attack on the subjective factor.

H.

2 Comments

Where have all the Mietheck’s gone?

Nie jest łatwo powracać do porzuconych działań, których się porzucać nie chciało, a tym bardziej jeżeli uważało/a się je za ważne. Wiedzą to doskonale ludzie chętnie odkładający różne sprawy na później oraz Ci, którym rozsądniejszy dobór priorytetów uniemożliwia nadmierne skupienie nad próbami oddzielenia fałszywych od realnych potrzeb zgłaszanych przez własny umysł. Ja należę do obu tych grup. Do tej pierwszej trochę mniej niż kiedyś, ale nie oszukam swojej “natury ludzkiej” — przynajmniej jeszcze nie teraz.

Zobaczymy co damy radę zdźwigać od tej pory… Problemem niemałym jest również techniczna możliwość rejestracji wybytnych refleksji, które nachodzą mnie o różnych porach i w różnych miejscach. Gdybym chciał je wszystkie zapamiętywać to musiałbym w końcu zostać schizofrenikiem. Nie, nie — wcale nie dlatego, że są ze sobą sprzeczne, tylko dlatego, że jest ich bardzo dużo. Większość nie przesadnie istotna, ale ładnie ujęta, a ja lubię się pochwalić (nawet sam przed sobą tylko — moja próżność nie jest niebezpieczna) jak samodzielnie spłodzę spektakularne sformułowanie. Prawdopodobnie emanując formą zasłaniam braki w treści… No, ale co z tego?

Dziś — w rozmowie z WF — doszedłem do wniosku (przedstawiłem go w zgoła niespektakularnych słowach), że jest bardzo dobrze. By jednak zadać trochę szyku napiszę to po angielsku. If you can spend three hours in resturants and cafes eating, drinking and spending money and then — at work — still call it a day, you’re definitely on the right side of the street…. Yes Sir, I am! :]

And — last but not least — I have reactivated Mietheck on FaceBook… This is how:

Upon arriving at the depot’s gate Mietheck heard the refrain of an old song his colleagues used to sing being on a few beers: “…don’t feel anything, just some bottles, toughening up around my bag…”. This definitely was a nostalgic moment for Mietheck…

Quite spectacular… Isn’t it?

3 Comments