Archive for category In the fringes, on the outskirts…
A letter to M
Posted by dZiUbrE in Dziubre & Olosz Sp. z o.o., In the fringes, on the outskirts..., Rough stages (reach out to me) on 14/12/2011
Dear M,
Since I replied to your text message in which you have announced that “you will not be available” since today I gathered a few reflections which I feel I need to share with you (and anyone interested).
First — I want to say that I sustain what I wrote in the SMS last night. I do feel responsible for the situation and I do understand, respect and accept your decision.
However having read, early in the morning today, again your initial message I cannot restrain from saying that I find the intimate thought behind it a bit unfair. You seem to imply that I have acted dishonestly against you by not paying you on time for the translations you’ve done some time ago (two months, maybe a bit more) and that you were out of the bargaining process or something like that (I don’t have my mobile on me, I quote from memory). Generally speaking — it is very bad not to pay people on time. You know it. I know it and I can rest assured that you very well know that I know since we discussed this problem over and over again on many occasions. And, you see, this is precisely what surprised me a bit. Because, having had this discussions with you individually and with the whole of the team, I know very well, that you know very well that there is nothing like a bargaining table were our people try cut out a bigger portion of the cake for themselves. What you know as well is that we suffer from enormous delays in payments from our clients and that this causes severe problems and kindly helps in accumulating debt since we need to pay the VAT and the PIT taxes at the end of each month without having received the taxed sum. I can easily recall having loyally warned you numerous times that we are entering a turbulent period and that money is really short and that I expect obvious problems that this can bring about. And it was not exclusively your problem, but ours — we all, in full solidarity, suffered (and continue to do so) from it. Of course, we can now get really technical and start valuing if the once cent paid to X or Y is more important than the one not paid to Z or A or L, but I see no sense in doing so. Everybody in the team were paid for their work with huge delays. It is not good and it might be no excuse and I do not write it as such. I just want to point out, what by the way I’m pretty sure you know, that we are equally all victims of the fact that we’re starved of money. Read the rest of this entry »
Generosity of modern capitalism knows no boundries…
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts..., Polit-biuro on 09/08/2011
Kati, kati, bełti…
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", Dziubre & Olosz Sp. z o.o., In the fringes, on the outskirts..., Polit-biuro, Whoa... on 05/01/2011
Kim był ostatni wykonawca wyroków śmierci – czyli mówiąc normalnym językiem po prostu kat – w Polsce? Czy inteligentnym, zdolnym do refleksji moralnej, lecz mimo to przekonanym o słuszności tego, co robi człowiekiem – jak wynikałoby z wydanej w 1996 r. książki Jerzego Andrzejczaka „Spowiedź polskiego kata” – czy może raczej nieumiejącym sklecić trzech poprawnych zdań prymitywem, jak wskazywałby opublikowany w 2004 r. na łamach „Rzeczypospolitej” artykuł Wojciecha Knapa „Ani sznura, ani szczęścia”? Nie wiadomo – wydaje się jednak, że istnieją poważne powody, by przypuszczać, że to właśnie ta druga wizja polskiego „egzekutora sprawiedliwości” odpowiada prawdzie.
To fakt, że Wojciech Knap nie znał kata (a właściwie katów – bo jak wynika z jego tekstu, wykonawców kary śmierci było dwóch – zob. też opublikowaną w “Gazecie Wyborczej” z 13.11.2007 r. rozmowę Mikołaja Lizuta z Andrzejem Rzeplińskim „Dwóch zawodowych katów”) osobiście. Będąc jednak pracownikiem Centralnego Zarządu Służby Więziennej i prezesem warszawskiego koła Polskiego Towarzystwa Penitencjarnego Knap według wszelkiego prawdopodobieństwa spotykał się z ludźmi, którzy z katem mieli bezpośredni kontakt. Czy z katem zetknął się bezpośrednio i rozmawiał Jerzy Andrzejczak? Nie da się oczywiście bezpośrednio udowodnić, że nie. Jednak pewne informacje rzucają pośrednie wprawdzie, ale mimo to dosyć jasne światło na kwestię rzeczywistego prawdopodobieństwa spotkania Andrzejczaka z katem. Pomijając to, co w swym artykule napisał Wojciech Knap: znany publicysta prawny Stanisław Podemski pisał w jednym z rozdziałów swego znakomitego poniekąd „Pitawalu Peerelu”, że usiłował dotrzeć do katów i porozmawiać z nimi. W jednym przypadku spotkanie takie okazało się fizycznie niemożliwe, bo kat już nie żył, wszelkie próby nawiązania kontaktu z drugim katem spełzły na niczym. Read the rest of this entry »
Kościoły do CH
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts... on 03/01/2011
Tak mi jeszcze przyszło do głowy, w ramach świąteczno-noworocznych refleksji, że przeniesienie kościołów do centrów handlowych lub odwrotnie byłoby bardzo na rękę obu instytucjom. Po pierwsze — zniknął by dylemat “do CH zanim powyłażą z kościoła czy do kościoła z hołotą a potem w korek?”. Po drugie — można by ludziom wcisnąć jakieś dewocjonalia przed i tuż po myszy, a potem przeprowadzić do innego sektora gdzie sprzedawano by już chłam wyłącznie świecki.
Największym beneficjentem takiej zmiany byłby jednak kościół chrześcijański, który — nie wiedzieć czemu — ma bardzo ograniczone zaufanie do swoich wiernych. Np. chce im zakazywać aborcji, choć wie, że to oni powinni się opierać jej pokusom (które na pewno generuje kolega Lucyfer z podziemi) siłą własnej wiary. Zważywszy na to, że większość prywatnych placówek medycznych jest już zlokalizowanych w centrach handlowych wydaje się to być znakomity kierunek działań także w tej materii. Read the rest of this entry »
Myślenie złym doradcą…
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts..., Rough stages (reach out to me) on 02/01/2011
W poprzednim poście obszedłem się z kwestią świąt przesadnie łagodnie. Przez chwilę zastanawiałem się co jest tego przyczyną i — jakże szybko — ku własnemu zaskoczeniu zaczęły mi się nasuwać sensowne wnioski… Otóż przyczyną autoniezadowolenia z tekstu tego wpisu jest element drobnego przeględzenia i przesadny eklektyzm. Per se, napisać więcej niż potrzeba, na ogół (wbrew rozpowszechnionej opinii) nie szkodzi, o ile służy to jakiemuś PR-owemu efektowi. Jeżeli przez to przekaz lub kontekst stają się bardziej czytelne, czy wręcz spektakularne; czy też jeśli rozkłada to akcenty w bardziej skuteczny sposób… To nie ma sprawy. Ale jeśli czyta się tekst, który w kilku akapitach mówi to samo, a napięcie nie rośnie (czy wręcz spada) to jest to klops… A jak na koniec jeszcze zasłodzi się jakimś hepiendem to już w ogóle wychodzi jak jajecznica z miodem. No, ale na szczęście jest dziubre.com, które słabe teksty też chętnie łyka.
Powodem zaględzenia tekstu jest na ogół — u człowieka z jakimś tam doświadczeniem dziennikarskim — myślenie, zwłaszcza takie aktywne. Myślenie podczas pisania tekstu jest jak myślenie o tym jaki chuj może człowieka strzelić w trakcie np. jazdy autobusem. I tak niektórzy myślą czy usiąść bliżej czy dalej drzwi, czy złapać się bezpośrednio poręczy czy raczej zwisającego z niej paska, czy smród panujący w pojeździe pochodzi od pana po lewej czy może od prawej, albo może z kanciapy kierowcy… Itd. W bardziej hard-core’owych przypadkach można np. rozważać takie kwestie jak dobór właściwej częstotliwości i intensywności oddychania lub awarię autobusu w skutek zderzenia z UFO. Gdy myśli się o prawidłowym rytmie oddechu jednego można być pewnym — na pewno jest on w takiej chwili zakłócony. Jeśli za długo kombinuje się której poręczy się złapać to zawsze wybór będzie przekombinowany czyli najgorszy z możliwych. Przemierzanie intelektualnych labiryntów w poszukiwaniu źródła smrodu — czyli tego co otacza nas w Warszawie wszędzie i na co dzień — na ogół doprowadzi nas do wniosku, iż nosimy jedno z nich na własnej zelówce dobrze podciągniętej od spodu zaschłym gównem rozmemłanym przez pierwszą odwilż. Tak samo jak odwilż gówno autor rozmemłać może tekst… Oczywiście, ja nie zrobiłem tego tak drastycznie, ale zdrowa samokrytyka to jednak podstawa poczucia proporcji :] Nic nie poradzę na to, że stała się też przyczyną wyboru Chruszczowa na Sekretarza Generalnego KPZR… Read the rest of this entry »
Czas ofiar z karpi
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts... on 29/12/2010
Rytuały religijne wiążą się na ogół z jakąś formą przemocy — fizycznej, psychicznej czy emocjonalnej. Chrześcijaństwo doczekało się — w epoce totalnej komercjalizacji — skomasowania tych zjawisk na przestrzeni dwóch i pół dnia świąt Bożego Narodzenia. Na co dzień katolicy katują się np. w konfesjonale, ministrantów (zwłaszcza młodszych) napierdala się na zapleczu lub w parafialnym zaciszu, gdy służąca księdza już pójdzie spać lub zostanie odprawiona do domu. Można by tak powyliczać rochę… Jednak ogrom nieszczęść jakich nastręczają rytuały świąteczne jest doprawdy gigantyczny i przekracza granice słynnego powiedzenia “ludzie ludziom ten los zgotowali”. Przede wszystkim zgotowali rybom… Aby Polacy mogli skutecznie przeprowadzić ceremonie okołobożonarodzeniowe zginąć musi miliony karpi. Najlepiej gdy karpie kupuje się już torturowane w supermarketach, potem w foliowych torebkach, a na koniec w wannach. Kulminacją wstępnych przygotować do świątecznych rytuałów jest zabicie karpia domowym młotkiem. Mężczyzna dokonujący tej egzekucji czuje się w chwili realizacji tej rytualnej czynności wstępnej prawdziwym nosicielem penisa i jąder, a także brudu pod wąsem i między palcami nóg. Potem odczuwa to samo gdy pod nos podstawia się mu śledzia, wódkę i ukatrupionego przez niego karpia w trakcie gdy ogląda on Beatę Kozidrak i Grzegorza Markowskiego śpiewających kolędy, które specjalnie zaaranżowali wspólnie Rubik i Smolik. Jeżeli opisana wyżej emocja nawiedzi go znów może — w ramach świątecznych celebracji — przyłożyć małżonce i dzieciom tłuczkiem po łbie i zasnąć nad muszlą klozetową podczas tzw. “rozmowy z lwem”. Ewentualnie, jeśli obchody mają charakter klanowy, można zwymyślać teściową, którą przykazania nakazują miłować, lecz wszytko poza nimi nienawidzić (nie ma nic gorszego jak katolicka dialektyka…). Dodatkowo, wszyscy zanurzani jesteśmy w odmętach estetycznej grozy — połączenie biegających po mieście Św. Mikołajów reklamujących telefony komórkowe i cukierki oraz aniołków sprzedających opłatki z piosenką “Last Christmas” emitowaną milion razy dziennie to zjawisko, które skraca życie ludzi takich jak jak o co najmniej dwie doby… Read the rest of this entry »
