Archive for category In the fringes, on the outskirts…

Było i minęło na przełomie lat nieprzełomowych raczej i mój do tego komentarz (niewolny od zapożyczeń)

Na kilka dni przed wigilią 2011 roku w Afganistanie zginęło 5  polskich żołnierzy. Kto sieje śmierć — ten ją zbiera. Gdy komercyjny lament, żałoby, ubolewania, bezmyślna adoracja mundurów, orzełków, wojskowego etosu itd. przetoczy się już przez media przypomnijmy sobie brzmienie Art. 26 (pkt 1) Kosntytucji RP: “Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic”.

Roman Kurkiewicz został naczelnym pisma Przekrój i… O dziwo, coś się chyba ma szansę zmienić. W pierwszych dwóch numerach czytamy między innymi o problemach lokatorskich i lokatorskim ruchu oporu, czytelnikom oferuje się też krytykę NATO, okupacji Afganistanu, wojny w Iraku, a nawet artykuły o tematyce pracowniczo-związkowej. W tle — a jakże! — niezniszczalna Krytyka Polityczna… Polecamy!!!

22 grudnia 2011 roku minęła 11 rocznica zaprzysiężenia Lecha Wałęsy na Prezydenta RP. Polacy są specjalistami od rocznic (zwłaszcza tych niepełnych) toteż brakiem kultury byłoby pominąć to wydarzenie. Nie do końca tylko wiadomo jak odnotować je w kronikarskich annałach lewicowo-związkowych. Słowa takie jak “zdrada”, “hucpa” itp. już tak się przejadły… Z pomocą przychodzi niezawodny FaceBook.com i wspomnienie pewnego anarchisty. “Jak lepiliśmy plakaty bojkotowe, to najebana klasa robotnicza się dopieprzała, że przecież to robotnik, więc będzie dbać o robotników. A jak spytałem jednego w pcuhatej czapce, czy dba o takich w puchatych czapkach, to chciał mnie lutować. Taka to była logika…”. Jako związkowcom wypada nam wierzyć w zbiorową mądrość klasy pracowniczej, ale krytyczny aspekt tej wiary dziś jest chyba jeszcze bardziej w cenie. 99% poparcia dla PO jest tego dość dobitnym świadectwem.

Nadzieję dali nam mieszkańcy warszawskiego śródmieścia. Nie wytrzymali i przejęli zamknięty bar mleczny “Prasowy” — jedną z wizytówek południowej części centrum stolicy. Akcję przeprowadzili w sposób modelowy, czyli Occupy Wall Street do kwadratu! Dyplomatycznie sforsowali prymitywny zatrzask u drzwi wejściowych, uruchomili wszystkie akcesoria kuchenne, kasę, przynieśli swoje produkty i — ku uciesze obywateli — najnormalniej w świecie uruchomili lokal. Opracowali menu, obsługiwali klientów, wszyscy byli bardzo zadowoleni. Oprócz władz miejskich i dzielnicowych. Imperatywem kategorycznym stołecznego samorządu jest szczera i bezinteresowna nienawiść wobec Warszawiaków oraz nieuzasadnione poczucie wyższości nad całym światem. Dlatego też nie trzeba było długo czekać na odpowiedź w postaci oddziału policji uzbrojonego w tarcze, pałki, miotacze gazu itp. urządzenia. Grochówkę i naleśniki udało się zaaresztować, a burmistrz Bartelski (PO, a jakże!) wyjaśnił tym baranom — obywatelom, że w centrum europejskiej metropolii “nie może być tanio i przaśnie, tylko troszkę drożej, ale za to nowocześnie” więc bar mleczny to nie ta liga. W końcu Bartelski nie jest burmistrzem slumsów tylko dzielnicy Warszawa Śródmieście. A żeby się od niego w ogóle odczepić dodał swoim profilu na FaceBook.com, że jego cechą szczególną jest “brak wrażliwości społecznej” więc żeby łez po “Prasowym” nie ronić i nie ględzić mu o jakichś potrzebach społecznych bo on i tak ma to gdzieś. Nie ma jak właściwy człowiek, we właściwym czasie, na właściwym stanowisku…

I jeszcze o urzędnikach. Pani Alina Wiśniewska, dyrektor Departamentu Polityki Rodzinnej w Ministerstwie Polityki Społecznej wyjaśniła w “Faktach” TVN 25 grudnia, że ubóstwo jest zawsze wynikiem zaniedbań tych, których dotyczy. “A ja myślę sobie, że to przede wszystkim wynik zatrudniania w instytucjach pomocowych takich właśnie chamów, którzy nawet w Boże Narodzenie plują w twarze obywatelom” skomentował pewien internauta na FaceBook.com. Miał rację.

Tomasz Wróblewski — najbardziej typowy przykład nowoczesnego polskiego dziennikarstwa — ma za sobą kilka spektakularnych porażek. To za jego panowania rozłożony na łopatki został Dziennik, który — by przetrwać — musiał w końcu wziąć ślub z Gazetą Prawną. Niedawno został mianowany redaktorem naczelnym Rzeczpospolitej. Wypada liczyć na to, że tytuł ten podzieli los tych kierowanych przez Wróblewskiego wcześniej. Zaraz po objęciu nowego stanowiska rzeczony redaktor obwieścił wszem i wobec, iż profil gazety nie ulegnie zmianie. Istotnie. 22 grudnia 2011 Wróblewski opublikował wstępniak, który z pewnością jest właściwą miarą jakości Rz. Ganiąc Wyborczą poucza nas, iż “Skuteczną drogą do poprawy stabilności rynku pracy byłoby zniesienie absurdalnych ograniczeń pracodawcy w przeprowadzaniu zwolnień”. Panie Redaktorze, proszę pozwolić, iż podpowiem Panu kilka innych twierdzeń, które wymykają się powszechnie utrwalonym standardom wyznaczonym fałszywą poprawnością polityczną, ale nie tylko — wymykają się również wszelkiej inteligencji czy zdolności myślenia, co zdaje się być w Rz szczególnym bonusem. Np. Najskuteczniejszą metodą leczenia nowotworu płuc jest zniesienie wszelkich barier (absurdalnych?) w dostępie chorych do papierosów, cygar i innych wyrobów tytoniowych. Albo może coś z bliższej Panu materii — socjalno-pracowniczej: najlepszą metodą motywowania pracownika do efektywnej pracy jest skuteczny wyzysk połączony z mobbingiem i ciągłą presją bezrobocia. Albo jeszcze inaczej: najlepszą gwarancją stabilności zatrudnienia będzie likwidacja (absurdalnego?) Kodeksu pracy. Gdyby zabrakło Panu tez — proszę się zgłosić, na pewno chętnie pomogę… Choć z drugiej strony — wierzę w Pana fantazję. No i cóż… Z przykrością przychodzi mi to stwierdzić, ale Balcerowicz, choć jego postulaty sprowadzają się do budowy ładu ekonomiczno-społecznego opartego na wolnorynkowej gangsterce, to przynajmniej facet prezentuje je konsekwentnie. Nie bajdurzy o powszechnym dobrobycie czy stabilności tylko jak mantrę powtarza termin “elatyczność”. A tu jego apologeta — nie dość, że wyraża poglądy obleśne, to jeszcze nie myśli.

A przy okazji Nowego Roku warto chyba odnieść się do wolnorynkowej gangsterki w kontekście świątecznym. “Gdyby Święty Mikołaj przyniósł w podarunku cywilizowany sektor finansowy, to każdy z nas mógłby sobie załatwić cały worek prezentów bez korzystania z cudzego pośrednictwa…” — napisano na FaceBook.com. A gdyby jeszcze przyniósł cywilizowane stosunki pracy to ten świat byłby zgoła ciekawszy… A jakby do pomocy przy produkcji prezentów zabrał z Polski wszystkich Wróblewskich, Lisów, Wielowiejskie, Nowakowskie, Semki, Zdrotów… Eh, to by były dopiero czasy…

, , , , , , , ,

No Comments

A letter to M

Dear M,

Since I replied to your text message in which you have announced that “you will not be available” since today I gathered a few reflections which I feel I need to share with you (and anyone interested).

First — I want to say that I sustain what I wrote in the SMS last night. I do feel responsible for the situation and I do understand, respect and accept your decision.

However having read, early in the morning today, again your initial message I cannot restrain from saying that I find the intimate thought behind it a bit unfair. You seem to imply that I have acted dishonestly against you by not paying you on time for the translations you’ve done some time ago (two months, maybe a bit more) and that you were out of the bargaining process or something like that (I don’t have my mobile on me, I quote from memory). Generally speaking — it is very bad not to pay people on time. You know it. I know it and I can rest assured that you very well know that I know since we discussed this problem over and over again on many occasions. And, you see, this is precisely what surprised me a bit. Because, having had this discussions with you individually and with the whole of the team, I know very well, that you know very well that there is nothing like a bargaining table were our people try cut out a bigger portion of the cake for themselves. What you know as well is that we suffer from enormous delays in payments from our clients and that this causes severe problems and kindly helps in accumulating debt since we need to pay the VAT and the PIT taxes at the end of each month without having received the taxed sum. I can easily recall having loyally warned you numerous times that we are entering a turbulent period and that money is really short and that I expect obvious problems that this can bring about. And it was not exclusively your problem, but ours — we all, in full solidarity, suffered (and continue to do so) from it. Of course, we can now get really technical and start valuing if the once cent paid to X or Y is more important than the one not paid to Z or A or L, but I see no sense in doing so. Everybody in the team were paid for their work with huge delays. It is not good and it might be no excuse and I do not write it as such. I just want to point out, what by the way I’m pretty sure you know, that we are equally all victims of the fact that we’re starved of money. Read the rest of this entry »

, , , , ,

No Comments

Generosity of modern capitalism knows no boundries…

, , , , , , , , , , , ,

1 Comment

Kati, kati, bełti…

Kim był ostatni wykonawca wyroków śmierci – czyli mówiąc normalnym językiem po prostu kat – w Polsce? Czy inteligentnym, zdolnym do refleksji moralnej, lecz mimo to przekonanym o słuszności tego, co robi człowiekiem – jak wynikałoby z wydanej w 1996 r. książki Jerzego Andrzejczaka „Spowiedź polskiego kata” – czy może raczej nieumiejącym sklecić trzech poprawnych zdań prymitywem, jak wskazywałby opublikowany w 2004 r. na łamach „Rzeczypospolitej” artykuł Wojciecha Knapa „Ani sznura, ani szczęścia”? Nie wiadomo – wydaje się jednak, że istnieją poważne powody, by przypuszczać, że to właśnie ta druga wizja polskiego „egzekutora sprawiedliwości” odpowiada prawdzie.

To fakt, że Wojciech Knap nie znał kata (a właściwie katów – bo jak wynika z jego tekstu, wykonawców kary śmierci było dwóch – zob. też opublikowaną w “Gazecie Wyborczej” z 13.11.2007 r. rozmowę Mikołaja Lizuta z Andrzejem Rzeplińskim „Dwóch zawodowych katów”) osobiście. Będąc jednak pracownikiem Centralnego Zarządu Służby Więziennej i prezesem warszawskiego koła Polskiego Towarzystwa Penitencjarnego Knap według wszelkiego prawdopodobieństwa spotykał się z ludźmi, którzy z katem mieli bezpośredni kontakt. Czy z katem zetknął się bezpośrednio i rozmawiał Jerzy Andrzejczak? Nie da się oczywiście bezpośrednio udowodnić, że nie. Jednak pewne informacje rzucają pośrednie wprawdzie, ale mimo to dosyć jasne światło na kwestię rzeczywistego prawdopodobieństwa spotkania Andrzejczaka z katem. Pomijając to, co w swym artykule napisał Wojciech Knap: znany publicysta prawny Stanisław Podemski pisał w jednym z rozdziałów swego znakomitego poniekąd „Pitawalu Peerelu”, że usiłował dotrzeć do katów i porozmawiać z nimi. W jednym przypadku spotkanie takie okazało się fizycznie niemożliwe, bo kat już nie żył, wszelkie próby nawiązania kontaktu z drugim katem spełzły na niczym. Read the rest of this entry »

, , , , , , , , , , , , , , ,

No Comments

Kościoły do CH

Tak mi jeszcze przyszło do głowy, w ramach świąteczno-noworocznych refleksji, że przeniesienie kościołów do centrów handlowych lub odwrotnie byłoby bardzo na rękę obu instytucjom. Po pierwsze — zniknął by dylemat “do CH zanim powyłażą z kościoła czy do kościoła z hołotą a potem w korek?”. Po drugie — można by ludziom wcisnąć jakieś dewocjonalia przed i tuż po myszy, a potem przeprowadzić do innego sektora gdzie sprzedawano by już chłam wyłącznie świecki.

Największym beneficjentem takiej zmiany byłby jednak kościół chrześcijański, który — nie wiedzieć czemu — ma bardzo ograniczone zaufanie do swoich wiernych. Np. chce im zakazywać aborcji, choć wie, że to oni powinni się opierać jej pokusom (które na pewno generuje kolega Lucyfer z podziemi) siłą własnej wiary. Zważywszy na to, że większość prywatnych placówek medycznych jest już zlokalizowanych w centrach handlowych wydaje się to być znakomity kierunek działań także w tej materii. Read the rest of this entry »

, , , , , , , , , ,

2 Comments

Myślenie złym doradcą…

W poprzednim poście obszedłem się z kwestią świąt przesadnie łagodnie. Przez chwilę zastanawiałem się co jest tego przyczyną i — jakże szybko — ku własnemu zaskoczeniu zaczęły mi się nasuwać sensowne wnioski… Otóż przyczyną autoniezadowolenia z tekstu tego wpisu jest element drobnego przeględzenia i przesadny eklektyzm. Per se, napisać więcej niż potrzeba, na ogół (wbrew rozpowszechnionej opinii) nie szkodzi, o ile służy to jakiemuś PR-owemu efektowi. Jeżeli przez to przekaz lub kontekst stają się bardziej czytelne, czy wręcz spektakularne; czy też jeśli rozkłada to akcenty w bardziej skuteczny sposób… To nie ma sprawy. Ale jeśli czyta się tekst, który w kilku akapitach mówi to samo, a napięcie nie rośnie (czy wręcz spada) to jest to klops… A jak na koniec jeszcze zasłodzi się jakimś hepiendem to już w ogóle wychodzi jak jajecznica z miodem. No, ale na szczęście jest dziubre.com, które słabe teksty też chętnie łyka.

Powodem zaględzenia tekstu jest na ogół — u człowieka z jakimś tam doświadczeniem dziennikarskim — myślenie, zwłaszcza takie aktywne. Myślenie podczas pisania tekstu jest jak myślenie o tym jaki chuj może człowieka strzelić w trakcie np. jazdy autobusem. I tak niektórzy myślą czy usiąść bliżej czy dalej drzwi, czy złapać się bezpośrednio poręczy czy raczej zwisającego z niej paska, czy smród panujący w pojeździe pochodzi od pana po lewej czy może od prawej, albo może z kanciapy kierowcy… Itd. W bardziej hard-core’owych przypadkach można np. rozważać takie kwestie jak dobór właściwej częstotliwości i intensywności oddychania lub awarię autobusu w skutek zderzenia z UFO. Gdy myśli się o prawidłowym rytmie oddechu jednego można być pewnym — na pewno jest on w takiej chwili zakłócony. Jeśli za długo kombinuje się której poręczy się złapać to zawsze wybór będzie przekombinowany czyli najgorszy z możliwych. Przemierzanie intelektualnych labiryntów w poszukiwaniu źródła smrodu — czyli tego co otacza nas w Warszawie wszędzie i na co dzień — na ogół doprowadzi nas do wniosku, iż nosimy jedno z nich na własnej zelówce dobrze podciągniętej od spodu zaschłym gównem rozmemłanym przez pierwszą odwilż. Tak samo jak odwilż gówno autor rozmemłać może tekst… Oczywiście, ja nie zrobiłem tego tak drastycznie, ale zdrowa samokrytyka to jednak podstawa poczucia proporcji :] Nic nie poradzę na to, że stała się też przyczyną wyboru Chruszczowa na Sekretarza Generalnego KPZR… Read the rest of this entry »

, , , , , , , , , , ,

No Comments

Czas ofiar z karpi

Fuck ChristmasRytuały religijne wiążą się na ogół z jakąś formą przemocy — fizycznej, psychicznej czy emocjonalnej. Chrześcijaństwo doczekało się — w epoce totalnej komercjalizacji — skomasowania tych zjawisk na przestrzeni dwóch i pół dnia świąt Bożego Narodzenia. Na co dzień katolicy katują się np. w konfesjonale, ministrantów (zwłaszcza młodszych) napierdala się na zapleczu lub w parafialnym zaciszu, gdy służąca księdza już pójdzie spać lub zostanie odprawiona do domu. Można by tak powyliczać rochę… Jednak ogrom nieszczęść jakich nastręczają rytuały świąteczne jest doprawdy gigantyczny i przekracza granice słynnego powiedzenia “ludzie ludziom ten los zgotowali”. Przede wszystkim zgotowali rybom… Aby Polacy mogli skutecznie przeprowadzić ceremonie okołobożonarodzeniowe zginąć musi miliony karpi. Najlepiej gdy karpie kupuje się już torturowane w supermarketach, potem w foliowych torebkach, a na koniec w wannach. Kulminacją wstępnych przygotować do świątecznych rytuałów jest zabicie karpia domowym młotkiem. Mężczyzna dokonujący tej egzekucji czuje się w chwili realizacji tej rytualnej czynności wstępnej prawdziwym nosicielem penisa i jąder, a także brudu pod wąsem i między palcami nóg. Potem odczuwa to samo gdy pod nos podstawia się mu śledzia, wódkę i ukatrupionego przez niego karpia w trakcie gdy ogląda on Beatę Kozidrak i Grzegorza Markowskiego śpiewających kolędy, które specjalnie zaaranżowali wspólnie Rubik i Smolik. Jeżeli opisana wyżej emocja nawiedzi go znów może — w ramach świątecznych celebracji — przyłożyć małżonce i dzieciom tłuczkiem po łbie i zasnąć nad muszlą klozetową podczas tzw. “rozmowy z lwem”. Ewentualnie, jeśli obchody mają charakter klanowy, można zwymyślać teściową, którą przykazania nakazują miłować, lecz wszytko poza nimi nienawidzić (nie ma nic gorszego jak katolicka dialektyka…). Dodatkowo, wszyscy zanurzani jesteśmy w odmętach estetycznej grozy — połączenie biegających po mieście Św. Mikołajów reklamujących telefony komórkowe i cukierki oraz aniołków sprzedających opłatki z piosenką “Last Christmas” emitowaną milion razy dziennie to zjawisko, które skraca życie ludzi takich jak jak o co najmniej dwie doby… Read the rest of this entry »

, , , , , , , , , , , , , , , ,

1 Comment