Archive for category In the fringes, on the outskirts…
Kati, kati, bełti…
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", Dziubre & Olosz Sp. z o.o., In the fringes, on the outskirts..., Polit-biuro, Whoa... on 05/01/2011
Kim był ostatni wykonawca wyroków śmierci – czyli mówiąc normalnym językiem po prostu kat – w Polsce? Czy inteligentnym, zdolnym do refleksji moralnej, lecz mimo to przekonanym o słuszności tego, co robi człowiekiem – jak wynikałoby z wydanej w 1996 r. książki Jerzego Andrzejczaka „Spowiedź polskiego kata” – czy może raczej nieumiejącym sklecić trzech poprawnych zdań prymitywem, jak wskazywałby opublikowany w 2004 r. na łamach „Rzeczypospolitej” artykuł Wojciecha Knapa „Ani sznura, ani szczęścia”? Nie wiadomo – wydaje się jednak, że istnieją poważne powody, by przypuszczać, że to właśnie ta druga wizja polskiego „egzekutora sprawiedliwości” odpowiada prawdzie.
To fakt, że Wojciech Knap nie znał kata (a właściwie katów – bo jak wynika z jego tekstu, wykonawców kary śmierci było dwóch – zob. też opublikowaną w “Gazecie Wyborczej” z 13.11.2007 r. rozmowę Mikołaja Lizuta z Andrzejem Rzeplińskim „Dwóch zawodowych katów”) osobiście. Będąc jednak pracownikiem Centralnego Zarządu Służby Więziennej i prezesem warszawskiego koła Polskiego Towarzystwa Penitencjarnego Knap według wszelkiego prawdopodobieństwa spotykał się z ludźmi, którzy z katem mieli bezpośredni kontakt. Czy z katem zetknął się bezpośrednio i rozmawiał Jerzy Andrzejczak? Nie da się oczywiście bezpośrednio udowodnić, że nie. Jednak pewne informacje rzucają pośrednie wprawdzie, ale mimo to dosyć jasne światło na kwestię rzeczywistego prawdopodobieństwa spotkania Andrzejczaka z katem. Pomijając to, co w swym artykule napisał Wojciech Knap: znany publicysta prawny Stanisław Podemski pisał w jednym z rozdziałów swego znakomitego poniekąd „Pitawalu Peerelu”, że usiłował dotrzeć do katów i porozmawiać z nimi. W jednym przypadku spotkanie takie okazało się fizycznie niemożliwe, bo kat już nie żył, wszelkie próby nawiązania kontaktu z drugim katem spełzły na niczym. Read the rest of this entry »
Kościoły do CH
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts... on 03/01/2011
Tak mi jeszcze przyszło do głowy, w ramach świąteczno-noworocznych refleksji, że przeniesienie kościołów do centrów handlowych lub odwrotnie byłoby bardzo na rękę obu instytucjom. Po pierwsze — zniknął by dylemat “do CH zanim powyłażą z kościoła czy do kościoła z hołotą a potem w korek?”. Po drugie — można by ludziom wcisnąć jakieś dewocjonalia przed i tuż po myszy, a potem przeprowadzić do innego sektora gdzie sprzedawano by już chłam wyłącznie świecki.
Największym beneficjentem takiej zmiany byłby jednak kościół chrześcijański, który — nie wiedzieć czemu — ma bardzo ograniczone zaufanie do swoich wiernych. Np. chce im zakazywać aborcji, choć wie, że to oni powinni się opierać jej pokusom (które na pewno generuje kolega Lucyfer z podziemi) siłą własnej wiary. Zważywszy na to, że większość prywatnych placówek medycznych jest już zlokalizowanych w centrach handlowych wydaje się to być znakomity kierunek działań także w tej materii. Read the rest of this entry »
Myślenie złym doradcą…
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts..., Rough stages (reach out to me) on 02/01/2011
W poprzednim poście obszedłem się z kwestią świąt przesadnie łagodnie. Przez chwilę zastanawiałem się co jest tego przyczyną i — jakże szybko — ku własnemu zaskoczeniu zaczęły mi się nasuwać sensowne wnioski… Otóż przyczyną autoniezadowolenia z tekstu tego wpisu jest element drobnego przeględzenia i przesadny eklektyzm. Per se, napisać więcej niż potrzeba, na ogół (wbrew rozpowszechnionej opinii) nie szkodzi, o ile służy to jakiemuś PR-owemu efektowi. Jeżeli przez to przekaz lub kontekst stają się bardziej czytelne, czy wręcz spektakularne; czy też jeśli rozkłada to akcenty w bardziej skuteczny sposób… To nie ma sprawy. Ale jeśli czyta się tekst, który w kilku akapitach mówi to samo, a napięcie nie rośnie (czy wręcz spada) to jest to klops… A jak na koniec jeszcze zasłodzi się jakimś hepiendem to już w ogóle wychodzi jak jajecznica z miodem. No, ale na szczęście jest dziubre.com, które słabe teksty też chętnie łyka.
Powodem zaględzenia tekstu jest na ogół — u człowieka z jakimś tam doświadczeniem dziennikarskim — myślenie, zwłaszcza takie aktywne. Myślenie podczas pisania tekstu jest jak myślenie o tym jaki chuj może człowieka strzelić w trakcie np. jazdy autobusem. I tak niektórzy myślą czy usiąść bliżej czy dalej drzwi, czy złapać się bezpośrednio poręczy czy raczej zwisającego z niej paska, czy smród panujący w pojeździe pochodzi od pana po lewej czy może od prawej, albo może z kanciapy kierowcy… Itd. W bardziej hard-core’owych przypadkach można np. rozważać takie kwestie jak dobór właściwej częstotliwości i intensywności oddychania lub awarię autobusu w skutek zderzenia z UFO. Gdy myśli się o prawidłowym rytmie oddechu jednego można być pewnym — na pewno jest on w takiej chwili zakłócony. Jeśli za długo kombinuje się której poręczy się złapać to zawsze wybór będzie przekombinowany czyli najgorszy z możliwych. Przemierzanie intelektualnych labiryntów w poszukiwaniu źródła smrodu — czyli tego co otacza nas w Warszawie wszędzie i na co dzień — na ogół doprowadzi nas do wniosku, iż nosimy jedno z nich na własnej zelówce dobrze podciągniętej od spodu zaschłym gównem rozmemłanym przez pierwszą odwilż. Tak samo jak odwilż gówno autor rozmemłać może tekst… Oczywiście, ja nie zrobiłem tego tak drastycznie, ale zdrowa samokrytyka to jednak podstawa poczucia proporcji :] Nic nie poradzę na to, że stała się też przyczyną wyboru Chruszczowa na Sekretarza Generalnego KPZR… Read the rest of this entry »
Czas ofiar z karpi
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", In the fringes, on the outskirts... on 29/12/2010
Rytuały religijne wiążą się na ogół z jakąś formą przemocy — fizycznej, psychicznej czy emocjonalnej. Chrześcijaństwo doczekało się — w epoce totalnej komercjalizacji — skomasowania tych zjawisk na przestrzeni dwóch i pół dnia świąt Bożego Narodzenia. Na co dzień katolicy katują się np. w konfesjonale, ministrantów (zwłaszcza młodszych) napierdala się na zapleczu lub w parafialnym zaciszu, gdy służąca księdza już pójdzie spać lub zostanie odprawiona do domu. Można by tak powyliczać rochę… Jednak ogrom nieszczęść jakich nastręczają rytuały świąteczne jest doprawdy gigantyczny i przekracza granice słynnego powiedzenia “ludzie ludziom ten los zgotowali”. Przede wszystkim zgotowali rybom… Aby Polacy mogli skutecznie przeprowadzić ceremonie okołobożonarodzeniowe zginąć musi miliony karpi. Najlepiej gdy karpie kupuje się już torturowane w supermarketach, potem w foliowych torebkach, a na koniec w wannach. Kulminacją wstępnych przygotować do świątecznych rytuałów jest zabicie karpia domowym młotkiem. Mężczyzna dokonujący tej egzekucji czuje się w chwili realizacji tej rytualnej czynności wstępnej prawdziwym nosicielem penisa i jąder, a także brudu pod wąsem i między palcami nóg. Potem odczuwa to samo gdy pod nos podstawia się mu śledzia, wódkę i ukatrupionego przez niego karpia w trakcie gdy ogląda on Beatę Kozidrak i Grzegorza Markowskiego śpiewających kolędy, które specjalnie zaaranżowali wspólnie Rubik i Smolik. Jeżeli opisana wyżej emocja nawiedzi go znów może — w ramach świątecznych celebracji — przyłożyć małżonce i dzieciom tłuczkiem po łbie i zasnąć nad muszlą klozetową podczas tzw. “rozmowy z lwem”. Ewentualnie, jeśli obchody mają charakter klanowy, można zwymyślać teściową, którą przykazania nakazują miłować, lecz wszytko poza nimi nienawidzić (nie ma nic gorszego jak katolicka dialektyka…). Dodatkowo, wszyscy zanurzani jesteśmy w odmętach estetycznej grozy — połączenie biegających po mieście Św. Mikołajów reklamujących telefony komórkowe i cukierki oraz aniołków sprzedających opłatki z piosenką “Last Christmas” emitowaną milion razy dziennie to zjawisko, które skraca życie ludzi takich jak jak o co najmniej dwie doby… Read the rest of this entry »
The peace-of-mind doctrine
Posted by dZiUbrE in In the fringes, on the outskirts..., Rough stages (reach out to me) on 13/12/2010
A mindset like mine requires my brain to have moments of peace. I can work under stress, keep to tight deadlines, and coordinate a few initiatives at the same time, but I do need some time to relax, think about nothing or kill time on FaceBook or dziubre.com. I always thought that it’s gotta’ be a normal thing, that everybody (or at least most people) is like that. After all, it’s always appeared quite natural… For doesn’t everybody need some peace of mind?!
After having turned 30, just like after having turned 20 the reality is forcing me to revise some of the fundamental assumptions I used to base my whole life on… The significant difference is that in the previous decade I didn’t care and continued in the old manner. And even thought it had brought about circumstances which actually made me realize that I’m committing a serious error I still didn’t care. I had enough power to stick to my old — thought negatively verified — habits. The only reason I acted as I did was that I really thought that I’m on the right path, that I just need more consistency and regularity, this was no ideological/phisolophical choice at the time. I just thought I’m doing the right thing. Today I partially regret it. The strength, power and energy I had used on the non-sense struggle with the reality surrounding me could have been used much better. Not that I’ve lost it all — after all I’ve learned a lot too; I’m not a complete looser… But still, it could have been much better. Nowadays, I seem to continue in the old manner but I feel something is wrong and want to change it. Read the rest of this entry »
Yes we can? (a substitutionalist apprach)
Posted by dZiUbrE in In the fringes, on the outskirts..., Polit-biuro, Rough stages (reach out to me) on 15/08/2010
Nie wiem czy mi się to uda, ale możecie spróbować trzymać kciuki. Od jutra powracam do formy publicystycznej!
Szczęśliwie, moja wielokulturowość, pozwala mi podchodzić do takich stwierdzeń z dystansem. Większość osób ze świadomością nadwiślańską święcie wierzy w moc sprawczą swoich postanowień. Dotyczy to — to moje zupełnie subiektywne, a więc być może nieco fałszujące rzeczywistą proporcję obserwacje — w większości kobiet. One demonstrują to częściej i aktywniej. Naturalnie, nie wynika, to z braku zdolności myślenia, tylko (tak mi się wydaje) ich pozycji społecznej, która zmusza ich do zachować substytucjonalistycznych, że posłużę się sformułowaniem takim tego… Opierają się na substytutach. Dążenie do nieprzemyślanych lub błędnie zdefiniowanych celów (na zasadzie właśnie postanowienia) i racjonalizowanie doznawanych w trakcie tej drogi krzyżowej przykrości jest dla nich nader często substytutem niezależnego myślenia, niezależności w podejmowaniu decyzji oraz obleśnego, polskiego kowalstwa swojego losu. Potem, gdy kreatywność racjonalizatorska zanika, włącza się ta religijna i kowalstwo przeskakuje w krzyżostwo (godnie niosą swój krzyż). Stosując zachowania substytucjonalistyczne, osoby takie, modelują rzeczywistość wokół siebie (na tyle na ile to możliwe of course), w taki sposób, że stają się podwójnymi ofiarami. Z jednej strony tworzą sobie wyzwoleńczo-emancypacyjne iluzje, które muszą cały czas pielęgnować; z drugiej zaś odbierają sobie fizyczne (organizacyjne) i intelektualne zdolności do realnego kierowania ważnymi (czasem bieżącymi, a czasem długofalowymi) kwestiami, od których ich byt materialny i mentalny na prawdę zależy. Nie mogą sobie pozwolić nawet na gram krytycznego myślenia, bo skutkowało by to eksplozją pielęgnowanych od lat fantazmatów, które umacniają je w wierze o “niezależnym”, “ostatecznym”, “koniecznym”, “potrzebnym” i “słusznym” postanowieniu. Tak więc … Dupa zupełna.
U mnie sprawa jest mniej skomplikowana — muszę zepchnąć jeszcze więcej obowiązków na inne osoby. Najbliższe dwa dni z pewnością będą służyły właśnie temu…
Aktywny rytm mieszczański
Posted by dZiUbrE in In the fringes, on the outskirts... on 15/08/2010
Mieszczański chyba nie, raczej miejski… Choć mieszczański w tym sensie, że organizacyjnie wyznaczony przez czynności typowe dla grupy, którą niektórzy (z upodobaniem godnym sprawy dużo bardziej pożytecznej) nazywają mieszczaństwem. Aktywny dlatego, że obejmuje praktyczni całość obowiązków domowych — zostałem dzisiaj ukurowiony. I bardzo mi się to podoba. Zajmowałem się dzieckiem, odkurzałem, myłem podłogi, dwa razy gotowałem, a w międzyczasie nasrałem jeszcze fotografii na FaceBooka (a wczoraj wieczorem na Picassę). Na koniec dnia, pomimo przeziębienia, wybrałem się z dzieciejem i partnerką na basen. Cieszę się, że się na to zdecydowałem — jechaliśmy w zajebistej burzy, a na basenie odkryłem saunę parową. Niestety moja próżność nie została dzisiaj zaspokojona co straszliwie mnie irytuje… Na ponad 100 zdjęć, które umieściłem na FaceBook-u poszły może ze dwa komentarze… Dobrze, że się dziś napracowałem i nie mam się za bardzo siły denerwować, bo inaczej musiałbym zażywać tabletki firmy Torbopharm.
Eh, ludzie to mają problemy…