Archive for category Podróże kształcą
Powroty II
Posted by dZiUbrE in Dziubre & Olosz Sp. z o.o., Podróże kształcą on 29/08/2010
Kiedyś napisałem taki – niezachwycający zgoła – felieton pt. „Powroty”. Jego treść stanowił przerysowany nieco opis kilku najlepiej zapamiętanych wrażeń z pociągu relacji Budapeszt-Warszawa po przekroczeniu polskiej granicy. Nie pamiętam dokładnie jakie to irytujące zjawiska wtedy opisywałem, ale chodziło o sprawy codzienne. Pamiętam, że jak czytałem to po kilku latach trafiwszy na przypadkiem na zawierający ów tekst nr „NTP” stwierdziłem, że to przesada i że tekst ten ujawnia moje anytpolskie nastawienie i że w sumie jak się w Polsce mieszka – a doprawdy nie ma takiego przymusu – to nie ma po co tak tym antypolonizmem epatować, bo jest to w pewnym stopniu nieeleganckie.
Od czasu tej refleksji zaniechałem publicznych komentarzy dotyczących jakichś przypadkowych nieprzyjaznych przeżyć przy okazji powrotów do Polski. Choć, nie da się ukryć, człowiek myślący krytycznie z pewnością odczuwa zdenerwowanie gdy powracając nawet z kraju, którego nie lubi, ale którego mieszkańców język rozumie i umiejętności tej używa do czytania tamtejszej prasy, bierze do rąk „Gazetę Wyborczą” lub „DGP”, albo – nie daj boże — „Rzeczpospolitą”.
Tym razem jednak rzeczywistość nie pozostawiła mi wyboru. Nawet WF – uprawiający na co dzień nieprzesadnie uzasadnioną krytykę blogowania – stwierdził, iż zetknęliśmy z okolicznościami na tyle obleśnymi, że warte jest to odnotowania nawet w takiej formule. Oczywiście nie ze względu na poziom obleśności, ale na pewien symboliczny charakter.
Wsiądwszy (wsiąwszy?) do EC 41 (albo 43) o godzinie szóstej nad ranem do polskiego pociągu na dworcu Berlin Hbf udaliśmy natychmiast do wgonu WARS. Nie po piwo (zazwyczaj się człowiek na to rzuca, bo w uWARSowionych składach jeżdżących wyłącznie po Polsce nie można pić alkoholu) tylko na śniadanie. Było smaczne, nie można powiedzieć… Dialog kelnerów, który przypadkiem zasłyszałem, natychmiast uświadomił mi, iż znajduję się na “wrogim” terytorium. Jeden z nich wyrażał swoją dezaprobatę dla związków partnerskich oraz definiował poziom swojego krytycznego spojrzenia na możliwość adopcji dzieci przez pary jednej płci. Szczęśliwie nie słyszałem jak to argumentował. Nie komentowałem tego jednak i nie miałem zamiaru o tym w ogóle wspominać, ale potraktowałem to jako symboliczne przywitanie na polskim gruncie. Okazało się jednak, że czekało nas coś znacznie bardziej dotkliwego.
Nasz przedział był pusty, radość była niebywała, ale trwała dość krótko – do momentu, w którym spostrzegłem czyjąś torbę. Właścicielką torby okazała się utleniona dwudziestoczterolatka ubrana w dres. Gdy weszła do przedziału usłyszałem co następuje [zapis fonetyczny dokładnie odpowiada wymowie]: „Oj, szit, iś dahte iś habe majne tasze ferlołren”. Wypowiedź ta potwierdziła moje obawy (podejrzenie zrodziła ogólna aparycja) – Polnish. Odpowiedziałem na kilka zaczepno-towarzyskich pytań starając się wykrzesać z siebie akcent możliwie najbardziej zbliżony do Hoch Deutsch licząc na to, że zostanę potraktowany jako niewłaściwy partner do rozmowy. Niestety, ogólne niewyspanie spowodowało, iż się zdradziłem ze swoją polskością gdyż wypsnęło mi się, że mieszkam w Warszawie. Ja i WF musieliśmy niestety wysłuchać mnóstwa bezmyślnictw, których nie będę tu przytaczał, bo ta pani wzbudziła we mnie odruch litości, którego na ogół wobec dorosłych nie odczuwam. Niestety, to tylko element dekoracyjny.
Prawdziwa tragedia zaczęła się w Rzepinie gdzie dosiadło się do nas trzech typów bardzo osobliwych. Zajmowali się głównie odmianą przez przypadki/osoby słów „kurwa” i „chuj”, ale robili błędy i nie byli zbyt kreatywni (szli raczej na ilość niż na jakość). Ubrani byli jak najniższej rangi żołnierze bułgarskiej mafii, rekrutujący się ze wsi, a „zatrudnieni” w małym miasteczku. Targali ze sobą jakiś wór, który wstawili pod siedzenia w przedziale. Potem rozsiedli się i zaczęli rozmowę posługując się wiadomym wokabularzem. Wszyscy balansowali na cienkiej linii pomiędzy pijańską zwałką a kacem gigantem. Mieli wahania nastroju – bywali to bardzo wesel,i to agresywni. W sumie nic takiego, bo lumperii na całym świecie ile chcesz, ale to było coś wyjątkowego. Było to o wiele bardziej żałosne niż zwykła menalżeria. Nie wiem jak to opisać, ale to nie tylko moje wrażenie. WF też tak uważa, a ta kobieta, BTW – nazywa się Jessica (tak ma w dowodzie, widziałem!) — powiedziała – cytuję — „u mnie w Poznaniu, to może na dwóch dzielniach taki element to jest, kurwa, kurwa, kurwa (…) ja pierdolę”. Więc… Także tego… To naprawdę było coś. I to tak naprawdę WF stwierdził, że to było takie symboliczne przekroczenie granicy… I zaśpiewał:
…cham lub bohater,
polska poranna,
alternatywa.
I choć nie jest to nic ważnego opisałem to, bo chcę powrócić do sprawności.
To nA rAzie…
No dobra… Nr 1 – Rowerex z Johnnym
Posted by admin in In the fringes, on the outskirts..., Podróże kształcą on 29/03/2009
To teraz tak… Muszę (i chcę) zabrać się od razu za kilka spraw… /time off: przypomaniała mi się osoba, która niedawno całkiem w sumie powiedziała: “muszę i chcę teraz robić inne rzeczy”; to samo w sobie nie jest ciekawe, ale kontekst tej wypowiedzi – także historyczny – może Wam opowiedzieć Wojtuś F./ Nie przypadkowo jednak to co w nawiasach umieściłem się tam znalazło właśnie w nawiasach i nie przypadkowo (kusza, czy “nie” z przysłówkami to się pisze razem czy oddzielnie… zapomina się torebstwa…)! TaKże tego… Bo pragnienie moje w tym wypadku odgyrwa rolę decydującą, ale nie to pragnienie. W sensie: nie pragnienie blogowania, choć ono także. Niemniej prym wiedzie pragnienie porządku na pulpicie własnego komputera. Bo takiego pierdolnika nie miałem od dawna… Żesz… A na pulpycie (o, ale mi wyszło!) gromadzą się gromady torebstw wizualnych (i nie tylko!) które miałem już dawno pocisnąć na bloga… I ich klony oraz zarodki i zygoty – pliki i strony, z których zostały one pozyskane…
Więc po kolei, po troszeczku, ku porzadkowi…
1. WYJECHAŁEM Z JANECZKIEM NA ROWERECZEK
Polacy są kompletnie pojebani, a Warszawiacy zwłaszcza… I to wcale nie na parapecie. Wyrazem tego, co Grabowski ujął w jednym ze swych mniej udanych rymów trącących częstochowszczyzną (a nawet bardziej szczyzną niż częstochą) następująco: “każdy z Warszawy jest na głowie swej kulawy”, jest ciągłe zdrabnianie. Polecani… Już nawet mnie się w to udało wciągnąć. Ale chłop co z nim pojechałem jest akurat ze Śląska… Czy też ze Ślůnska :) Niestety to było już tak dawno temu, ze zapomniałem kiedy… Dupa. Nie napiszę. Ale pamiętam, że od tamtego czasu miałem taki zapieprz, że nie zdążyłem dźwignąć tematinho i pocinać o tym na bloga. A było co opisać… Ale udało się zachować w pamięci trasę i tego samego dnia ją przegooglować i zrobić z tego pikną mapeczkje i ją Wam tu pocisnąć ku mojej własnej uciesze, wygodzie itp… Z wyjazdu pamiętam tyle:
- Wjebaliśmy się w śnieg i błoto… E, chyba w odwrotnej kolejności. W Markach się wjebaliśmy. W Markach (blisko Zielonki) zobaczylim w lesie pomnik ku czci rozstrzelanym przez faszystów w 1944… Jeden przeżył. Nieźle… Ale że im sie w 1944 jeszcze takie rzeczy po głowach kołatały zamiast spierdalać gdzie torby Mietek rwie przed Armią Czerwoną… Zrobiliśmy łącznie 23 kilometry jakoś, a był to pierwszy sensowniejszy pogodowo dzień w tym roku. Fajnie było.
- On jechał na moim starym rowerze, co ma przerzutki Shimano o czym napisałem nawet na FaceBooku. Potem wpadłem na pomysł, że powinny się nazywać Szymano i być produkowane w Szymanowie…
- Ja jechałem na swoim nowym rowerze zakupionym w ubiegłym roku. Pamiętam to dobrze – była awantura w samochodzie potem.
- Zajęło nam to jakieś dwie godzinki…
Jakby co można tutaj ściągnąć łobrazek w lepszej rozdzielczości i obczaić ulice i te rzeczy…
Profesor…
Posted by admin in Podróże kształcą on 14/12/2008
Mógłbym Wam dużo opowiedzieć o różnych profesorach… No, może nie o tak znowu wielu, ale o niewielu wiele :) Niektórzy mieli już okazję wysłuchać kilku historyjek. Tera nie bede ich tu sadził, bo mi się nie chce, a i nie ma po co…
Ale jest pewien szczególny profesor. Poniżej prezentuję jego wizytówkę. Ważna postać! Jak powiedział Alan Laski (Drewna): “We consult this man every time before we put down a perspectives document”. Gdybyście byli tam gdzie on… Nie zapmnijta wpaść… Uuuu… Uuuu… Fffff… Bhue.
SMS — WF
Kilka cytatów będących bezpośrednią kopią wiadomości typu SMS, które ostały się na moim telefonie. Wszystkie przedstawione poniżej treści są autorstwa WFixa. Kreatywny jest… Opatrzone są zatem nagłówkiem: Od: Cooshackero VOY i tu idzie nr, ale go nie podam :)
A więc…
Odebrano: 20:26:36 / 04-09-2008
Dear Mr Trash! Have u called your Zapatista brother? I need his id o quite now :) RedReg!
Odebrano: 10:40:00 / 16-10-2008
Welcome Mr. Trash! Gra slow o poranku. Odpowiedz na pytanie: w jakim nastroju bedziesz jak wypuszcza Karadzicia na wolnosc?:)
Odebrano: 10:45:33 / 16-10-2008
uRadovany :)
Odebrano: 16:15:10 / 20-10-2008
Rure! Ketr odet viere :) to na razie! I down!
Odebrano: 10:25:20 / 21-10-2008
Lecac… Afrogula… Ale piesemki…. Petit courienisie…. Kusza. Ale nie przejmojow sie. Mamy duzo proletariackich napierfalaptopow :)
Odebrano: 09:48:02 / 28-11-2008
Nowy zespół na zei .LA DEPOTNIA – la benea do los depoteros :)
–
TaKże tego… Chciałem tylko powiedzieć, że to drobna próbka jego możliwości… Najbardziej mi się podobało gdy napisał, że wjechał już do Gdańska i że idzie do kantoru wymienić na dinary :) Niestety jakoś wykasowałem. Może on jescze to ma – jak tak to pocisnę dokładny cytacik.
A na koniec SMS wspomnieniowy z roku 200… kusza i rower… chyba… Czadż der… 200… Kusza… 2004? 2003? Chyba jak pierwszy raz byłem w Belgradzie… Wtedy z pokoju w Barajevie wysłałem Wojusiowi wiadomość, która już fizycznie nie istnieje, ale jestem w stanie odtworzyć ją doskonale z pamięci. Oto ona.
Flaszki, flaszki, cztery flaszki
A we flaszkach wódka czysta.
Kto wypije je? Kto wypije je?
Może ja, może Ty…
A może jednak Miet!!!
No to na razie :) (w sumie to też jest cytat) :)
No… Nie mogę się powstrzymać by nie pocisnąć Wam jego ostatnich fotek :)
No to na razie :)
Rowero kusza !!
Posted by admin in Farthest pull, In the fringes, on the outskirts..., Niebanalne wrażenia estetyczne (wizualne), Podróże kształcą on 15/06/2008
Nowy sposób na oznaczanie sequeli… Hue, hue, hue.
So, I didn’t. I took to Funny Street directly after the HeDrankSudski roundabout. Passed the graveyard in Greenness and had to turn back. No roadside, no shoulder and I have no rear view and – as Duke Nukem used to say – “I’m too young to die”.
It took 17,7 km (11,7 miles) and two hour both ways.
Next time I will take a camera along.
Rowero kusza!
Posted by admin in Farthest pull, In the fringes, on the outskirts..., Podróże kształcą on 15/06/2008
Let me tell you where I’ve been… By bike. Before I tell you however I will show you, so that you actually get an idea. Otherwise (considering the descriptive methodology I would like to use) it is not at all certain that you will understand anything, unless you had to do a lot with linguists specalizing in Polish and English.
So, here’s the route. If you’re not sure where it exactly is check it here and you’ll figure out immediately :)
- Dirtiness’ Voyvodshipian Hospital /Warsaw/
- Deepy Street /Warsaw/
- Lewandów Street /Warsaw/
- Thaddeus BonesLittleEar Street /Brands/
- Marshall Joseph HeDrankSudski Street /Brands/
- Factorial Street /Brands/
- Brandy Street /Brands/
- Route nr 631 /Greenness/
- Main Street /Brands/
- Funny Street /Brands/
- Pondy Street /Brands/
- Max Little(she)hider Street /Brands/
- Foxy Ravine Settlement /Brands/
And then back more-less the same way…
All together 27,5 km (for the Anglo-Saxon snobs – 14,7 miles). ONE WAY! Would have taken somewhat 90 minutes one way, but it didn’t. Let me tell you why in the next entry. Need to eat…
Ciao!
From the fringes of the real world – straight into the depotium of it…
Posted by admin in In the fringes, on the outskirts..., Podróże kształcą, Polit-biuro on 08/06/2008
A friend of mine once started his opening speech on the situation in Poland with the following words:
“Comrades, I have to tell you something, another world is possible – come to Poland and see for yourselves”.
What he meant was that in Poland the conditions for political activity we (me, him and a few dozens of other people) are prepared to conduct are not as favorable as in other countries like France for example. Or Sweden… And Sweden is exactly where I came back to Poland from lately. And Sweden is on the fringes of the real world if we consider Poland being it. And I have to consider Poland being it as most of my life I spend exactly here. Not so fortunate choice, but stuff happens.
So I came back from Sweden where I stayed for five days and before that I was kept busy in London for a few days as well. Actually… I think for seven or such. About London I have to say that I’ve got really mixed feelings about this place. On one hand – really nice place to stay with many interesting corners to hang around. On the other – full of shit (all kinds of), just like Warsaw. But its most striking feature is that they all speak English there and so little of them are really British or English… Hi, hi…
Anyway. Now I’m back – getting more and more organized. Strange, but real.
Пуно поздрава!
P.S. For those who know what is it about and for those who are still to figure it out










