Archive for category Rough stages (reach out to me)
Daj_z_Des (Januszku)
Posted by dZiUbrE in Rough stages (reach out to me) on 29/11/2010
Wojciech Młynarski is one of the three exceptional things in the Polish history — fuck Tannenberg/Grunwald or the 1920 — think about Piwnica pod Baranami, the Polish punk underground of the eighties and this guy…
Wspomnij marudzenie z morałem
Posted by dZiUbrE in Dziubre & Olosz Sp. z o.o., Rough stages (reach out to me) on 22/10/2010
Pierwszy raz mi się zdarzyło zasiąść przed dziubre.com i zastanawiać się nad treścią wpisu. Nie dlatego, że nie staje tematów… Nie, nie. Chodzi raczej o kwestię priorytetyzacji niektórych z nich, a i — przy tej okazji — reorganizacji własnej ścieżki codziennej refleksji. To taka forma higieny psychicznej. Większość Polaków i Polek za higieniczną psychikę uważa taką, która cyklicznie popada w depresję i to demonstruje po czym szybko zapomina o ewentualnych przyczynach jej wystąpienia i gromadzi w ten sposób materiał do następnej eksplozji. Na szczęście — jak mawia Jerzy Urban — ja pochodzę od innej małpy.
U mnie chodzi raczej o przywracanie poczucia proporcji poprzez cykliczne oglądanie się przez ramię… Nauczyli mnie tego — i paru innych pozytywnych rzeczy — w IMT. Potem mnie stamtąd praktycznie wyrzucili, ale to inna historia (choć dużo ciekawsze od tej, którą mam do powiedzenia teraz). Jednym z elementów owego spoglądania przez ramię jest badanie dotyczące tego na ile uległem — poza moją chęcią i wolą — trendom sponsorowanym intelektualnie i kulturowo przez panującą obecnie ideologię, tudzież jej odpryski. Ważną kwestią jest np. marudzenie. Polacy to naród obdarzony wyjątkową zdolnością w tym zakresie. Sposobów, metod, strategii i taktyk marudzenia jest tu więcej niż przekleństw w języku serbskim… No, właśnie… Ileż to można marudzić. Na ogół człowiek żali się wiedziony jakimiś oklepanymi dykteryjkami typu “jak się wygadasz będzie Ci lepiej” i temu podobne. I nawet jeśli narzeka na polską kulturę społecznych interakcji, to — po jakimś czasie — może obudzić się z ręką w nocniku, bo sam odkryje, iż potrafi ona podstępem formować nawet krytycznie myślących. Chciałem zatem napisać o czymś co mnie nie denerwuje, nie drażni, nie mierzi, nie brzydzi, nie obraża… Niestety, rzeczywistość nie daje mi po temu zbyt wielkich szans… Ale co tam. Ja się temu podstępowi nie dam i pokażę, że jakiś tam — nieduży, bo nieduży — fragment rzeczywistości wokół siebie jednostka kontrolować może (jeśli ma co jeść, dach nad głową i środki zapewniające przeżycie ponad granicą przetrwania biologicznego).
Pomyślałem, że napiszę o wspomnieniach. Istnieje bowiem w Polsce filozoficzny spór (piszę, że w Polsce, bo w Bułgarii, Szwecji, Serbii, Belgii, Francji, Hiszpanii, Włoszech, Grecji, Rumunii, Wielkiej Brytanii, Finlandii, RFN i na Ukrainie się z tym nie spotkałem) o to czy wspominać warto czy nie. Jest to spór idiotyczny, jak większość tego rodzaju “dylematów ludzkości”. Człowiek współczesny rzadko ma czas, nie mówiąc już o ochocie, rozpamiętywać swoją historię. Jest za to losowi niejednokrotnie wdzięczny gdyż zdaje sobie sprawę, iż rzetelna retrospektywa mogłaby doprowadzić go do wniosków, przed którymi bardzo się broni… Wspomnienia, jeżeli się w ogóle pojawiają, to albo przychodzą same, albo wymusza je sytuacja (np.: pogrzeb). Wtedy większość ludzi czuje się dość osłabiona, bo nie bardzo wie jak reagować. Często reakcje te są bardzo emocjonalne, wybuchowe, kompulsywne, co jest wynikiem ciągłej wojny ze wspomnieniami czy raczej przeciwko wspomnieniom. Dodatkowo w Polsce szczuje się naturalne odruchy ludzkiej świadomości takimi oto “naukowymi” sformułowaniami: “wspominanie starych czasów to jak ich zabijanie”… No, innych perełek w tej chwili akurat nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę to dopiszę w komentarzach.
Raczej jasnym jest dla każdej myślącej osoby, iż powyższe stwierdzenie to kompletna bzdura. Nurtuje mnie tylko trochę motyw do wytworzenia i pielęgnacji takiego idiotyzmu. Komu wszak mogłyby przeszkadzać dziś wspomnienia? Poniekąd wpisywałoby się to dobrze w najważniejszy element polskiej masowej ideologii — kontinuum nieszczęścia. Gdyby tak ludzi wytresować w zakresie skutecznego gospodarowania wspomnieniami mogliby zupełnie swobodnie używać ich przeciw sobie i zadawać sobie nowe cierpienia lub podkarmiać te już wyhodowane. Co ciekawe, paradygmat antywspomnieniowy jest dość silnie zakorzeniony w społeczeństwie. Ostatnio zademonstrował mi go nawet WF. Nie potrafił wprawdzie jakoś obiektywnie uzasadnić swojej negatywnej wobec wspomnień postawy, ale była ona bardzo stanowcza. Przyznaję uczciwie — nic z tego nie rozumiem.
Ja wspominać uwielbiam i robię to bardzo często, praktycznie codziennie. Śmieję się przy tym lub wzruszam, łzawię bądź się ślinię, upadam na duchu bądź wznoszę sztandar… Wspomnienia przywołać może praktycznie wszystko, a ja płynnie takim przywołaniom ulegam. No, chyba, że okoliczności wymagają ode mnie innego zachowania. Ale to właśnie jest klucz do jakiejś kontroli swojej świadomości. Jeżeli wspominasz, jeżeli nie umywasz rąk od własnej przeszłości, to możesz regulować swój do tejże przeszłości dystans (oczywiście chodzi o dystans emocjonalny) — czasem jej ulegniesz, czasem ją przegonisz, ale — co chyba najważniejsze — zawsze możesz do niej powrócić, by czerpać ze swoich własnych doświadczeń! Człowiek, w sensie psychologicznym i społecznym (och, jakby mi tu zaraz niektórzy o biologii zaczęli pierdolić), jest wyłącznie swoją przeszłością. Tylko przeszłość może warunkować nasze reakcje w czasie rzeczywistym, nieprawdaż?
Poza tym wspomnieniami człowiek wykracza trochę poza swoją — absolutnie niekwestionowaną — społeczną “istotowość”. Bo to dzięki intensywnej relacji z własną przeszłością można np. uzyskać ciekawe skojarzenia z różnymi sytuacjami, zapachami, widokami czy nawet przedmiotami… A to fajne jest :] No i słuchajcie, jeśli dzięki wspomnieniom (w przeważającej części niemiłym) można pokochać nawet Warszawę…
I jeszcze tak sobie pomyślałem… Jakże pusta byłaby moja teraźniejszość bez wspomnień o torbach, Mietku Bogucie, solóweczkach, SieczkoPolo, depoterach czy Wielkiej Serbii… :]
First things… First?
Posted by dZiUbrE in Rough stages (reach out to me), България on 08/10/2010
Gdy słuchałem “Truskawek w Milanówku” drugi czy trzeci raz zastanawiałem się co oznaczać może sformułowanie “mam na ogół pamięć złą”. Chyba wiem. To taka pamięć, która prowadzi niewłaściwą selekcję. Ja na ten przykład mam pamięć raczej dobrą. Pierwsze obrazy jakie zarejestrowała trwale pochodzą sprzed około 26-27 lat. Wiem, że są to obrazy z 1983-4 roku ponieważ konsultowałem je z rodzicami, którzy uczestniczyli w zapamiętanych przeze mnie okolicznościach.
Pamiętam przede wszystkim słońce… Bardzo dużo słońca i białe bawełniane ubranko oraz białą czapkę… Ostre słońce strasznie mnie raziło, nie wiele widziałem. W oczy rzucił mi się tylko kształt ciężkiej betonowej wieży dla ratowników niedawno pociągniętej białą olejną. Za mną były wielkie (w rzeczywistości nie takie wielkie, widziałem potem na fotografiach; ale ja mam pamięć właśnie dlatego dobrą, że rejestruje moje wrażenia i emocje, a nie jakieś tam fakty) pół-koliste drewniane drzwi z klamkami z brązu i zamkiem na “zwykły” kluczyk. Drzwi były takie… No, hmm… Takie jak to drzwi od szafy bywają… Wylecało mi słowo ze łba. Tak na siebie cienkie deseczki zachodzą pod skosem wciśnięte w ramę, takie przewiewne. Za drzwiami był pokój. Wysoki, choć metraż niewielki. W środku wszystko żółte od słońca przedostającego się przez drzwi i chyba od ścian żółtawych. Po obu stronach pod ścianami łóżka. Gdzieś w tle szafka nocna i chyba drzwi do łazienki w głębi po lewej. Okna nie było. Wychodziło się na osobliwy “taras”. Cały budynek był betonowym, parterowym długim klockiem. Nie mam zielonego pojęcia ile było w nim takich czy podobnych pokoi, ale były one wciśnięte w głąb klocka, a przed drzwiami można było paradować pod ciężkim betonowym dachem i na ciężkiej betonowej posadzce, które były przedłużeniami odpowiednio sufitu i podłogi. Chyba pamiętam też białe parasole plażowe… Zniszczone, z dziurami w płótnie i zardzewiałymi słupami… Oczywiście wszystko ciężkie…
Potem pamiętam słynną scenę w Drużbie (obecnie Św. Konstantyn i Elena więc nie jeżdżę) bądź Złotych Piaskach (obecnie kurort dla wielbicieli kasyn i burdeli więc też nie jeżdżę) gdzie nie wpuszczono mnie i moich rodziców do knajpy bo nie mieliśmy przepustki od Głównego Sztabu Wojsk Budowlanych (ГУСВ — Главно управление на строителни войски). Pamiętam kelnera (raczej jego fryzurę niż twarz), który nam to mówił oraz białe kraty zespawane z prymitywnych stalowych prętów z jakąś nie odbiegającą prymitywizmem od całości “oranamentyką” (np. pały stalowe wygięte w półkola czy falki). Dziwne… Za kelnerem były jakieś trawiaste wzgórza… I pamiętam znowu czyste niebo… Za restauracją było morze. Wszędzie śmierdziało rozkładającymi się wodorostami… Ale tylko trochę. Kiedyś nienawidziłem tego zapachu. Dalej uważam go za niezbyt przyjemny, ale gdybym mógł cofnąć się w czasie, to zrobiłbym to tylko po to by stalowym tłuczkiem do mięsa wybić sobie ze łba wszelkie pretensje do tego smrodu. Nic, nigdy już chyba nie będzie kojarzyło mi się ze szczęściem bardziej, niż gnijące czarnomorskie wodorosty. Szkoda. Na pewno są jakieś fajniejsze zapachy, które mogłyby się kojarzyć z tym zjawiskiem…
Napisałem to bo poczułem taką potrzebę. Pomyślałem, że jak już ją spełnię, to dowiem skąd się owa potrzeba wzięła. Niestety…
Sruhatek (dPut?)
Posted by dZiUbrE in Rough stages (reach out to me) on 27/09/2010
- A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? — spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę — Co wtedy?
- Nic wielkiego — zapewnił go Puchatek — posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.
Z podziękowaniami dla OL
Posted by dZiUbrE in "Tu jest Polska!", Polit-biuro, Rough stages (reach out to me) on 25/09/2010
Pozdrawiam!
Yes we can? (a substitutionalist apprach)
Posted by dZiUbrE in In the fringes, on the outskirts..., Polit-biuro, Rough stages (reach out to me) on 15/08/2010
Nie wiem czy mi się to uda, ale możecie spróbować trzymać kciuki. Od jutra powracam do formy publicystycznej!
Szczęśliwie, moja wielokulturowość, pozwala mi podchodzić do takich stwierdzeń z dystansem. Większość osób ze świadomością nadwiślańską święcie wierzy w moc sprawczą swoich postanowień. Dotyczy to — to moje zupełnie subiektywne, a więc być może nieco fałszujące rzeczywistą proporcję obserwacje — w większości kobiet. One demonstrują to częściej i aktywniej. Naturalnie, nie wynika, to z braku zdolności myślenia, tylko (tak mi się wydaje) ich pozycji społecznej, która zmusza ich do zachować substytucjonalistycznych, że posłużę się sformułowaniem takim tego… Opierają się na substytutach. Dążenie do nieprzemyślanych lub błędnie zdefiniowanych celów (na zasadzie właśnie postanowienia) i racjonalizowanie doznawanych w trakcie tej drogi krzyżowej przykrości jest dla nich nader często substytutem niezależnego myślenia, niezależności w podejmowaniu decyzji oraz obleśnego, polskiego kowalstwa swojego losu. Potem, gdy kreatywność racjonalizatorska zanika, włącza się ta religijna i kowalstwo przeskakuje w krzyżostwo (godnie niosą swój krzyż). Stosując zachowania substytucjonalistyczne, osoby takie, modelują rzeczywistość wokół siebie (na tyle na ile to możliwe of course), w taki sposób, że stają się podwójnymi ofiarami. Z jednej strony tworzą sobie wyzwoleńczo-emancypacyjne iluzje, które muszą cały czas pielęgnować; z drugiej zaś odbierają sobie fizyczne (organizacyjne) i intelektualne zdolności do realnego kierowania ważnymi (czasem bieżącymi, a czasem długofalowymi) kwestiami, od których ich byt materialny i mentalny na prawdę zależy. Nie mogą sobie pozwolić nawet na gram krytycznego myślenia, bo skutkowało by to eksplozją pielęgnowanych od lat fantazmatów, które umacniają je w wierze o “niezależnym”, “ostatecznym”, “koniecznym”, “potrzebnym” i “słusznym” postanowieniu. Tak więc … Dupa zupełna.
U mnie sprawa jest mniej skomplikowana — muszę zepchnąć jeszcze więcej obowiązków na inne osoby. Najbliższe dwa dni z pewnością będą służyły właśnie temu…
Respect to the master, respect to the masterpiece…
Posted by dZiUbrE in Niebanalne wrażenia estetyczne (audio), Rough stages (reach out to me) on 14/08/2010
Respect the masterpiece. It is true reverence to man. There is no quality so great, none so much needed now.
Frank Lloyd Wright